W dzieciństwie bawiłam się z Robin Hooda. Byłam oczarowana Michaelem Preadem i wcale nie chciałam być Marion. Chciałam być Robinem albo ostatecznie Nazirem. Miałam kij, który chciałam nazwać Albion na cześć miecza oczywiście, jednak po drodze zgubiłam literkę "o" i tak narodził się Albin, który był oczywiście powodem szykan dla mojego 9 lat starszego brata. Miałam też miecz plastikowy, taki nawet stylizowany na średniowieczny, ale odpadła mu ta poprzeczka przy rękojeści, no i w ogóle to on był taki malinkowo-różowy. Jak się bawiłam z Jackiem i Beatką w Nazira, to montowałam sobie i miecz, i pochwę miecza na plecach skrzyżowaną, żeby chociaż wyglądało na modę wschodnią. Ale najbardziej lubiłam być Robin Hoodem. Miałam łuk, przy produkcji którego pomagał Tata i leszczyna i sznurek do prania pełniący funkcję cięciwy. I miałam też kołczan i strzały, co też je Tata zrobił o dociążył, żeby ładnie latały. I tak biegałam po tucholskich lasach, wymyślając sobie, że gdzieś w okolicy czyha zły Gisbourne...
A. opowiadała, że też się bawili w Robin Hooda. I najmłodsza dziewczynka - K. - musiała być Gisbournem... Stroili ją w niebieski płaszczyk...
A tu można obejrzeć wszystkie odcinki - hurra!!!
5.5.10
4.5.10
pasja do sportu - szewska pasja
Na drugie imię mam Słomiany Zapał. Ile ja już otworzyłam biznesów, ile nakręciłam filmów, w ile podróży pojechałam, ile książek napisałam, ile sportów uprawiałam, to nie da się zliczyć. A wszystko to w formie deklaratywnej.
Teraz sobie znalazłam nowe pole kompetencji... Z miłości do Martiny Navratilowej :) Dobry lanserski sport, który pozwoli mi podtrzymywać relacje biznesowe, kiedy to już założę jeden z lukratywnych biznesów, które plączą mi się po głowie. Ciekawe, co to za sport?
Teraz sobie znalazłam nowe pole kompetencji... Z miłości do Martiny Navratilowej :) Dobry lanserski sport, który pozwoli mi podtrzymywać relacje biznesowe, kiedy to już założę jeden z lukratywnych biznesów, które plączą mi się po głowie. Ciekawe, co to za sport?
28.4.10
gde ona? gde vesna?
Przechadzałam się wczoraj po mieście portowym. Szukałam wiosny. Po pierwsze, pizgało, no ale to urok konieczny miasta portowego. Po drugie, no jakoś tak mało zielono w tym mieście. Choć w ogrodzie ruderkowym wyrósł jeden samotny tulipan!!! Więc ja liczę na ten maj, liczę, że będzie zielono. A tymczasem dziś odkopane nadmorskie zdjęcia z J i z CMG.


23.4.10
Whatever works!
Wczoraj obejrzałam ostatni film Woody Allena o niefortunnym polskim tytule "Co nas kręci, co nas podnieca". Niefortunnym zapewne dla mnie, a dla reszty świata działającym jak wabik. No w każdym razie nie w tym rzecz.
Rzecz w tym, że grubo się uśmiałam. Miałam wrażenie, że wraz z J śmiałyśmy się najgłośniej. Ale i C nie pozostał niewzruszony.
I choć scenariusz wydaje się może mało wiarygodny, to dialogi rozwalają po całości. Przemiany bohaterów, choć nie zaskakują, to jednak bardzo cieszą i bawią. No i nareszcie jest Nowy Jork.
Główna bohaterka rozkochuje swoją indolencją intelektualną, a główny bohater oczarowuje defetyzmem, cynizmem, sceptycyzmem i negacją.
Jak tylko wróciliśmy do domu, to sprawdziliśmy ceny lotów do NYC - no niestety, nie w tym roku. Ale ja jeszcze tam wrócę.
Rzecz w tym, że grubo się uśmiałam. Miałam wrażenie, że wraz z J śmiałyśmy się najgłośniej. Ale i C nie pozostał niewzruszony.
I choć scenariusz wydaje się może mało wiarygodny, to dialogi rozwalają po całości. Przemiany bohaterów, choć nie zaskakują, to jednak bardzo cieszą i bawią. No i nareszcie jest Nowy Jork.
Główna bohaterka rozkochuje swoją indolencją intelektualną, a główny bohater oczarowuje defetyzmem, cynizmem, sceptycyzmem i negacją.
Jak tylko wróciliśmy do domu, to sprawdziliśmy ceny lotów do NYC - no niestety, nie w tym roku. Ale ja jeszcze tam wrócę.
18.4.10
biała gorączka
"Biała gorączka (obłęd opilczy) jest efektem długiego ciągu alkoholowego, nazywanego po rosyjsku zapojem. Jej objawy to bezprzedmiotowy strach, halucynacje i agresja."
I uwaga! Nie będzie o weekendzie :) Ten jakoś minął wyjątkowo spokojnie i twórczo. Choć gdybym miała powiedzieć, co udało mi się stworzyć, to przychodzi mi do głowy polędwica i pieczone ziemniaki. No ale nie o tym będzie.
Będzie o książce Hugo-Badera. Pasjonująca lektura. Część tekstów dobrze pamiętam z GW. Jest o radzieckich hipisach - tych nielicznych, którym udało się przeżyć, bo albo przestali być hipisami albo zdołali pożegnać się z makową panienką. Jest też o ruskim Chrystusie, który stworzył na Syberii enklawę dla swoich wyznawców. Jest o wszechobecnym aids, o jego przypadkowych i nieprzypadkowych ofiarach. Bo jest o Rosji, dzisiejszej brudnej i biednej Rosji. K uświadomiła mi pojęcie hugobaderyzmu - czyli reportażowego koloryzowania. Nie wiem, czy autor podkręca i dopowiada. Mam jednak wrażenie, że spostrzeżenia Hugo-Badera na temat współczesnej Rosji i Rosjan są strasznie bliskie moim poglądom.
To chyba oczywiste, że polecam. Ale polecam nie tylko rusofilom czy rusofobom, polecam też sympatykom Kapuścińskiego, bo Hugo-Badera czyta się z równie zapartym tchem.
I uwaga! Nie będzie o weekendzie :) Ten jakoś minął wyjątkowo spokojnie i twórczo. Choć gdybym miała powiedzieć, co udało mi się stworzyć, to przychodzi mi do głowy polędwica i pieczone ziemniaki. No ale nie o tym będzie.
Będzie o książce Hugo-Badera. Pasjonująca lektura. Część tekstów dobrze pamiętam z GW. Jest o radzieckich hipisach - tych nielicznych, którym udało się przeżyć, bo albo przestali być hipisami albo zdołali pożegnać się z makową panienką. Jest też o ruskim Chrystusie, który stworzył na Syberii enklawę dla swoich wyznawców. Jest o wszechobecnym aids, o jego przypadkowych i nieprzypadkowych ofiarach. Bo jest o Rosji, dzisiejszej brudnej i biednej Rosji. K uświadomiła mi pojęcie hugobaderyzmu - czyli reportażowego koloryzowania. Nie wiem, czy autor podkręca i dopowiada. Mam jednak wrażenie, że spostrzeżenia Hugo-Badera na temat współczesnej Rosji i Rosjan są strasznie bliskie moim poglądom.
To chyba oczywiste, że polecam. Ale polecam nie tylko rusofilom czy rusofobom, polecam też sympatykom Kapuścińskiego, bo Hugo-Badera czyta się z równie zapartym tchem.
13.4.10
Jaruga-Nowacka
Normalnie jakoś nic mi nie przychodzi do głowy. Z ostatnich wydarzeń jedno jest dość wyraziste.
W niedzielę przechadzałam się z C po Świętojańskiej. Szliśmy dość niewyraźnie, bo sobotnia żałoba została sowicie zakropiona. Przed drzwiami do biura poselskiego Kozaka - dwa znicze. Dalej, kilkaset metrów w dół - dużo zniczy i wieńców - biuro poselskie Izabeli Jarugi-Nowackiej...
No i wiem, że to może nieładnie tak w obliczu tragedii się skupiać na jednej osobie, ale dla mnie osobiście to największa strata...
W niedzielę przechadzałam się z C po Świętojańskiej. Szliśmy dość niewyraźnie, bo sobotnia żałoba została sowicie zakropiona. Przed drzwiami do biura poselskiego Kozaka - dwa znicze. Dalej, kilkaset metrów w dół - dużo zniczy i wieńców - biuro poselskie Izabeli Jarugi-Nowackiej...
No i wiem, że to może nieładnie tak w obliczu tragedii się skupiać na jednej osobie, ale dla mnie osobiście to największa strata...
5.4.10
choroba
A teraz jest choroba. Kaszlo-kichy, wokal jak spod ziemi. Próbowałam to zwalczyć. Nie udaje się. Czas zdaje się leżeć. Może znajdę czas na spisanie tego, co w głowie mnie się kołacze...
Subskrybuj:
Posty (Atom)