15.7.09

Pierwsza tandemem wycieczka

Należało w tandemie napompować koła i dokręcić pedały... Niestety nawet WD40 nie podołał gwintom przy pedałach, więc były dokręcone dość prowizorycznie. Jazda takim tandemem nie należy do łatwiejszych. Na wstępie musieliśmy zjechać z góry. Była to niezła próba dla gazellowych hamulców. Test zdany. Niestety po ujechaniu kilkuset metrów i trafieniu na ścieżkę rowerową odpadł pierwszy pedał z przodu, czyli tam, gdzie siedziałam ja.
Udało nam się dojechać bez większych problemów do Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Redłowie, a to spory dystans. Potem był plan, żeby dotrzeć do Desde i podziękować rodakom za prezent. Niestety na krzyżówce z Piłsudskiego odpadł drugi pedał i musieliśmy... poprowadzić tandem do domu. Ale i tak fajnie było :) Teraz nasza Gazelle musi udać się do lekarza od gwintów.



13.7.09

tam, gdzie na pewno jest czakram

Z zasady się snobuję. Na dobre kino, na literaturę, najmniej na sztukę. Na podróże też się lubię posnobować. Ciężko wtedy przyznać, że coś oczywiście pięknego jest rzeczywiście piękne. Tak miałam z Morzem Karaibskim i tak mam z Dubrownikiem. Powinnam pogadać z wujkiem Joginem, co wie na temat pola energetycznego tego miasta, być może gwiazdy potwierdzą moje przeczucia.
Do Dubrownika dojechaliśmy późnym wieczorem. Zainstalowaliśmy się na miejskim polu namiotowym i na szczęście przemogliśmy się, żeby je opuścić i udać się na starij grad. I słusznie. Mieliśmy się oczarowane do imentu.











8.7.09

historia jednych zepsutych wycieraczek

Przed wakacjami nasza odlotowa lekko rdzewiwejaca almera zostala poddana gruntownemu przegladowi u pana Zdzisia - etatowego lekarza almery. Pan Zdzisio (to jakies popularne imie wsrode mechanikow, zdaje mnie sie) wszystko, co chore naprawil za co przytulil nalezna sume i przyobiecal, ze swobodnie 4 tysiace kilometrow almera przejedzie. i tak dzielnie i bez przeszkod najmniejszych sunelismy przez hitlerowskie autostrady, na ktorych widok zawsze jakas zazdrosc polaka bierze. przejechalismy dzielnie austrii szmat i kawal slowenii, by wreszcie w chorwackiej rijece ujrzec wielkie zbocze i morze lazurowe u jego dolu. i tak sunelismy kolejnymi riwierami, az w pewnym momencie padac zaczelo. niestety ani pierwszy, ani drugi, ani trzeci bieg naszych wycieraczek nie zadzialal. stalo sie to, co pol roku zima - wycieraczkowa padaka. nic to. padac przestalo, to i my zapomnielismy o naszym wycieraczkowym dole. i tak bez wycieraczek zjechalismy cale chorwacji i czarnogorskie wybrzeze, i gory czarnogory tez. dopiero w serbii sprawa wycieraczek nabrala duzej wagi. lalo jak z cebra. notoryczne wystawianie reki pasazera przez okno i proby przecierania szyby metoda manualna nie zdawaly egzaminu. w przyplywie depresji totalnej maz moj zatrzymal sie przed najblizszym auto serwisem, co sie okazal zamkniety. na szczescie zyczliwy serbski narod skierowal nas do kolejnego, tym razem otwartego. tam calkiem przystojny brunet zajal sie amery wycieraczkami. rozkrecil, dokrecil, postukal, sprawdzil. przykrecil wycieraczki i w pelni szczescia moglibysmy ruszyc dalej w droge, gdyby nie fakt, ze po pierwszej probie serbski mechanik powiedzial "spad", co oznaczalo, ze ch..j trafil wycieraczki. i tak spadaly ze trzy razy. operacja sie jednak powiodla po jakichs 2 godzinach i ruszylismy w dalsza droge.
Odpukac, wycieraczki maja sie dobrze...

5.7.09

u golasa

jestesmy u golasa
w czarnogorze pod granica z albania
i nie da sie pisac, bo mysli rozbiegane za bardzo

23.6.09

nie o banksym

Już nie będzie o Banksym. Spokojnie. Jako osoba z natury "na siłę oryginalna" se na to nie pozwolę.
Nie chcę się zarzekać, ale to jakoś wygląda tak, że wcale nie mam przed tym ślubem żadnej spinki. Jakoś tak mi dobrze i power mam przeokrutny. I jak słuchałam dziś o chińskich skarpetach, sztruksowych szortach i poliestrowych koszulach, to jakoś tak odpłynęłam, w krainę szczęśliwości i lekkości takiej. Może weekend mnie dobrze nastroił :) I może tak przez parę dni będę sobie tak pisać pocieszające słowa na własnym blogu.

22.6.09

I jeszcze piosenka

Hiper Ekstra Intensiw Wieczór Panieński

Długo zastanawiałam się, jak opisać ten wieczór. Będę improwizować, bo nie znalazłam odpowiedzi. Bezsprzecznie i nieodwołalnie był to zajebisty wieczór panieński. Sukces organizatorki, miss logistyki, dziewczęcia o wielkim sercu, czyli mojej kochanej świadkowej Agatki jest również bezsprzeczny i nieodwołalny. Nie wiem, czy sukces może być nieodwołalny, ale proszę o wybaczenie, bo jeszcze dochodzę do siebie.
Moje rany na ciele są efektem niecodziennych wydarzeń, które mnie spotkały.
I tak:
1. Szrama na twarzy i siniak z tyłu czaszki.
Wszystko zaczęło się od spływu. 12 pięknych panien przywdziało kapelusze i różne inne nakrycia głowy i ustroiło kajaki kolorowymi balonami. Dla Panny Młodej przygotowano wianek i wystrzałową kiecę balową w kolorze przez Pannę ulubionym, tj. fioletowym. Agatka oznajmiła, że trasa jest krótka i bez przeszkód. I jeszcze, że nie da się zgubić. Tak. Zgubiłyśmy się w 5 minut po starcie, ale zgubienie to było wysoce uzasadnione, ponieważ udało nam się poprosić Pana Ziutka, łowiącego ryby, żeby zrobił nam zdjęcie grupowe. Ten że sam Ziutek Pan uświadomił nam, że niepotrzebnie przepłynęłyśmy całe to jezioro, bo rzeka, którą mamy płynąć jest zupełnie z drugiej strony. Ale radośnie wróciłyśmy na szlak. Na ten szlak, który z zeznań Agatki, miał być bardzo łatwy. Na szczęście nie był. Na szczęście, bo Panna Młoda nie lubi jak jest za łatwo.
Podczas omijania jednej z przeszkód nastąpiła mała katastrofa. Panna Młoda została dotkliwie zaatakowana przez gałąź, która uszkodziła jej fragment czoła oraz tył głowy.
Około godziny 21 zmęczenie zaczęło dawać się pannom we znaki. Na wodzie unosiły się ciche przekleństwa i spekulacje co do prześwitów i odległości do mojego ukochanego akwenu wdzydzkiego. Na każdym zakręcie okazywało się, że to jednak nie tu. Kryzys końcówki dosięgnął panien na ostatniej prostej, czyli drałowaniu przez jezioro. Wtedy też zaszło słońce... Mokre ubrania zaczęły oziębiać tyłki, uda, ręce i inne członki panien. Po wyjściu z kajaku trzęsłam się niemiłosiernie i marzyłam o dotarciu do miejsca przeznaczenia. Do ośrodka. Panny po zmianie ubrań wcale nie wyglądały zbyt entuzjastycznie.
Przyjazd Żony, przyjście boomboxa i nieśmiertelna przyjaciółka wódka szybko zmieniły losy imprezy. Wodzirejką i dejotką zajęła się moja osobista Żona, której owego wieczoru wielokrotnie wyznawałam swoją dozgonną miłość, no bo żona jest tylko jedna.
Czynnikiem, który niewątpliwie wpłynął pozytywnie na nastroje, było też jedzenie przygotowane przez panny, panie, żony, matki i kochanki.
Potem Panna Młoda dostała mnóstwo pięknych prezentów, z których bardzo się ucieszyła, nie skrywając swojej radości, bo Panna Młoda nie ma większych problemów z ekspresją własnych uczuć.
Od czasu wypadku z gałęzią Panna Młoda pozostawała bez szkody na ciele i umyśle. Zabrano ją na ścieżkę kariery. Tam, uzbrojona w czołówkę, malowała drzwi sprejem, podziwiała karton defendera i tworzyła autorską koszulkę. Nie tak do końca autorską w sumie, bo, korzystając z właściwej sobie umiejętności delegowania obowiązków, poprosiła panny, żeby każda napisała coś od siebie. I tak powstała koszulka w wersji customized. Potem był taniec w futrze na stole pingpongowym... I inne...
2. Szrama na plecach i obdrapany łokieć
To zdaje się są następstwa tańca na stole, który uprawiała Panna Młoda. Od nieszczęśliwego upadku próbowała mnie ratować Żona, niestety uszkodzenia ciała były dość dotkliwe. Do tej pory trudno mi jeszcze leżeć na lewym oszramionym boku. Szrama była początkiem przedostatniego etapu imprezy - etapu taneczno rozrywkowego, o którym może lepiej jak opowie u siebie na blogu Steven... ;)
Reasumując, było zajebiście, bo panny, panie, matki, żony i kochanki są zajebiste!!!