Pokazywanie postów oznaczonych etykietą foodporn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą foodporn. Pokaż wszystkie posty

3.3.16

Tak oni jadają - rameny, udony, maratany

W Japonii jest najpyszniejsze jedzenie na świecie. No dobra. Może nie najpyszniejsze, ale totalnie smakowe. I od razu mówię - w Japonii jedzenie nie jest drogie. Za ramen albo udon płaci się w barze około 20 złotych, więc mniej niż w Polszy, a że dobrze, to na serio nie będę nikogo przekonywać, bo do dziś fantazjuję o tym, co zjadłam.
Przed wyjazdem do Tokio podpytywałam znajomych, do jakich knajp się udać. Poza miejscami typu ramen z gwiazdą Michelina, czy sushi u Giro, wszyscy jak jeden mąż powtarzali: wszędzie jest smacznie. I to się zgadza.
Czekinowanie się jest hejtowane, że niby lans. Dzięki naszemu czekinowi okazało się, że w Tokio mieszka kolega Majki - Łukasz. To z nim udałyśmy się na pierwszy posiłek, nie wiedząc jeszcze, że to jedzenie będzie dyktować nam rytm życia w tym mieście. Niedaleko naszej kwatery było kilka takich ciasnych barów z zupami. Wszystkie na witrynkach mają plastikowe odlewy imitujące jedzenie. Nie, nie wiem, z czego. Zupkę zamawia się w automacie. I z bilecikiem idzie do baru. Wszystko dzieje się super sprawnie i szybko, a potem jest już tylko pysznie. I zdrowo!
Zjadłam tyle ramenu, że zamiast twarzy powinnam mieć rosół, a okazuje się, że na wadze po powrocie wynik ten sam :D


O, właśnie taki automat jak ten tu na zdjęciu.
Po zjedzeniu tego pierwszego japońskiego dania oczarowałam się na maxa. Potem już każdy dzień zaczynałam od zupki. Jednego dnia zdarzyło się, że skręciłyśmy w boczną uliczkę i zobaczyłyśmy knajpkę, przed którą stała duża grupa Japończyków. Spytałam, co dają. Okazało się, że to chińska zupa. No wiecie, chińska zupa w Japonii??? Bez sensu. A może jednak? Proces decyzyjny miałyśmy nieco zaburzony z powodu wypicia dnia poprzedniego znaczącej ilości białego wina. Postanowiłyśmy jednak iść na całość.
Zupa nazywa się maratan i jest też w typie naszego rosołku, ale podawana na ostro w skali od 1 do 6. Wzięłam trójkę i było ok. Składniki do zupy można było sobie wybrać z witrynki chłodzącej. Więc ostateczny smak rosołu był w moich rękach.  Wybrałam szpinak, krewetki i grzybki, przypominające nasze halucynogeny.
Efekt - orgiastyczny!!!
Poniżej trochę zdjęć oscylujących wokół zupek. Wszystkie foty na MJUII.


Chłopaki gotują maratan z wybranych przez nas składników

jest radość

Bar z ramenem. Ostatnim naszym ramenem w Tokio.
Co do zasady kuchnie w tokijskich barach są otwarte, więc można obserwować kucharzy w trakcje przygotowywania posiłku. Dodam jeszcze, że wszystkie te miejsca są super ciasne, co oczywiście dodaje im uroku. 

Tu ramenownia w okolicach Harajuku. Był to nas drugi wybór.
Z pierwszej knajpy wyszłam zniesmaczona, zobaczywszy w menu widnieje ramen z carbonarą - WTF???
W efekcie zjadłam jeden z pyszniejszych rodzajów ramenu - z pastą sezamową i mieloną wieprzowiną. Co ciekawe, tylko na lotnisku zaserwowano nam zupkę z jajkiem, co w Europie wydawało mi się standardem. 

30.7.13

Plaża, słońce, wiatr i foodporn

Jak to ładnie powiedziała K ostatnio: pokolenie clubbie jest teraz pokoleniem foodie. Na Cyprze trafiliśmy w centrum foodpornu, czyli do mieszkania Magdy i Xeniosa. Jak to bywa u starszych osób na wakacjach, planowanie jedzenia jest jedną z najprzyjemniejszych rzeczy o bardzo wysokim priorytecie.
Jedliśmy dużo, namiętnie i nieprzerwanie. Halloumi, hummus, suflaki, pyszny chleb Magdy, kuchnia syryjska (moja totalna miłość i żal ściska wiadomo co, że takiej restauracji w 3mieście nie mamy), nawet królika spróbowałam, truskawki, melony, żarcie indyjskie, meze (to taki set posiłków, który się składa z jakiejś masy potraw albo mięsnych, albo rybnych, przy czym te rybne dania bardzo przypominają hiszpańskie - kalmary w cieście, duszone ośmiorniczki, itd). Jedno, czego cypryjska kuchnia dobrego nie oferuje, to desery. Mi osobiście jakoś niespecjalnie zależy, ale kaszka manna na wodzie mnie nie poderwie do radosnego podskoku. 
Oczywiste są też oczywistości w postaci soków ze świeżych owoców i przezajebistego białego wina, od którego w upały nie da się uciec.

I słońce, i lazur morza.