Miesiąc zabrało mi pisanie tego posta. Jakoś tak po prostu chyba mało mam ostatnio czasu, bo go skutecznie marnotrawię na fejsie.
Wspomnienia paryskie nadal są jednak bardzo silne (chcę tam wrócić, najchętniej z Czesławikiem).
Nie pójdę już może systemowo, tylko bardziej impresyjnie, opierając się o te zdjęcia, które akurat na kompie mam.
To jeden z nabytków paryskich z pchlego targu (dziwnie to brzmi w deklinacji). Takie wspomnienie lat 80-tych. Pamiętam dokładnie, jak kochałam się w Donie Johnsonie i jak kręciła mnie jego stylówka z marynarkami noszonymi na T-Shirty, ba, czasem nawet na gołą klatę.
Targ jest osobliwy, odbywa się zawsze w niedzielę, ale zupełnie nie wiem gdzie, bo byłam tam prowadzona bezwiednie. W każdym razie da się tam dostać w pół godziny spacerkiem z Montmartre, a kupić można cuda przeróżne, między innymi używane winyle. I jak to w Paryżu bywa, na targu rządzi tygiel kulturowy pożyteczny i zdrowy.
I tak w tym mieście w ogóle nie dziwi Cię fakt, że przechadzając się wieczorem po Montmartrze widzisz kilkudziesięciu Marokańczyków, którzy pod Sacre Coeur jarają blunty, piją browary i ogólnie czynią grubą rozpierduchę. Schodzisz potem schodami, które, niestety, śmierdzą moczem (w tym Paryżu to w ogóle często moczem daje) i nagle napotykasz na knajpkę, w której algierkie wino za euro pięćdziesiąt serwuje Ci Japończyk biegle mówiący po angielsku, francusku, hiszpańsku i arabsku. Widzisz, że za gościem jest historia.
W lokalu byliśmy my (ja i Cypis) i jeszcze para Francuzów. Miejsce wyglądało na takie z grubą historią, a jak się potem okazało, było tam od trzech miesięcy, a właściciele do Algierczyk i Polka, stąd też pusta flaszka po polskiej wódce z etykietą z polską flagą. Nie wiedzieć jak i kiedy Japończyk z Francuzką zaczęli tańczyć flamenco, my biliśmy brawo i po trzech lampkach byliśmy już właściwie przyjaciółmi na śmierć i życie. I taki też potrafi być Paryż.
Jako ten mieszczuch uwielbiam parki i ten element miejskiego krajobrazu potrafi przywiązać mnie do danego miejsca. W Paryżu parki żyją i są pełne ludzi. Mieliśmy okazję zobaczyć dwa: La Villette i Park Citroena. Oba gorąco polecam. Oba przekonały mnie w tym, że Paryż to miasto, do któego można śmiało wybrać się z dzieckiem.
Amęt.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paryż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą paryż. Pokaż wszystkie posty
29.10.12
24.9.12
Moje paryskie t(r)opy vol.1
Trochę bałam się wycieczki do Paryża. Jakoś dziwnie do końca nie miałam żadnego reisefieber. Nie biegałam po necie jak oszalała i nie szukałam niezliczonej ilości informacji o czekających mnie atrakcjach. Bałam się, że Paryż będzie kolejnym miastem europejskim. Fajnym, ale też niespecjalnie podniecającym. Tymczasem zaskoczyłam się bardzo miło. W dużej mierze pewnie dlatego, że nie mieliśmy żadnego planu. No może poza tym, żeby spotkać się z Martą, naszą nieocenioną paryską przewodniczką, dobrą duszą Paryża.
Nie będzie po kolei i w ogóle będzie w chaosie, ale niniejszym prezentuje Państwu szanownemu czytelnikostwu, czym uwiódł mnie Paryż.
la bellevilloise
Na imprezę (szóste urodziny) do tego klubu trafiliśmy dzięki Marcie i jej znajomym, którzy załatwili nam wejściówki i za co jeszcze raz dzięki. I jak się okazało, niektórzy Francuzi mówią po angielsku - na szczęście ;) Jak się dowiedzieliśmy potem od napotkanego w innej knajpie Francuza, bardzo dobrze trafiliśmy.
Dzielnica Belleville jest typowym przykładem paryskiego tyglu kulturowego i kojarzy mi się mocno z berlińskim Kreuzbergiem.
Nie chcę skłamać, ale na jamie, który się dział w klubie, było chyba z pięć czarnoskórych wokalistek, między innymi Imany (dla chętnych link), co to ponoć jest we Francji gwiazdą. Dawała radę dziewczyna razy tysiąc, ale i jej koleżanki też pociągnęły temat. Nie byłam nigdy na takim jamie. Grali soulowe, dyskotekowe i regałowe evergreeny, ale poziom mnie totalnie rozłożył na łopatki.
Na jednym z pięter malowano na żywo, na zewnątrz był duży taras, gdzie palili sobie ludzie różne rzeczy, a na samej górze budynku zlokalizowano wielki chillout room ze sztuczną trawą i leżakami. Ponoć klub zrobiony jest w dawnej fabryce. Jedno jest pewne, jak go nie zamkną, to na pewno tam wrócę ;)
Chartier
Do tej jadłodajni trafiliśmy również dzięki Marcie. To jest mi się za pierwszym razem nie udało (niespodziewany opad sił :) ). Poszliśmy tam z naszą piękną parą młodą w ramach celebracji ich zaślubin. Miejsce ma klimat wielkiej dworcowej restauracji. Kelner zapisuje na obrusie zamówienie, potem wszystko na tym samym obrusie zlicza. Kuchnia jest ok, choć jak się potem okazało za podobne pieniądze (20-25 EUR za przystawkę, drugie danie, deser i wino) można zjeść w innych restauracjach menu dnia. Ale ślimaki tam zapodane urywały!
Kir Royal
Przepyszny miks, składający się z likieru z czarnej porzeczki i szampana. Nie od dziś wiadomo, że bąbel dobrze robi, a taki lekko kwaskowy jeszcze lepiej.
Skosztowaliśmy go w dwóch miejscach, ale wydaje mi się, że jest to na tyle tradycyjny trunek, że jest ogólnie dostępny.
Pere Lachaise
Na Pere Lachaise dotarliśmy dość mocno strudzeni po wcześniejszych harcach na pchlim targu (o czym będzie w vol.2). Cypis zdecydowanie chciał siadać, a ja zdecydowanie byłam spragniona. Nie postawiliśmy sobie zbyt wielu mogilnych celów do odwiedzenia, ale kilku nieboszczykom postanowiliśmy przybić piątkę. Odwiedziliśmy grób Chopina, który sprzątał jakiś rozgoryczony Polak, co to narzekał, że nikt o groby nie dba i że on tu zaraz przyśle jakichś ministrów, a jakaś pani mu proponowała Strażnicę do poczytania (oni są wszędzie! Paryż, Lubocień, Wdzydze, Bydgoszcz). Dotarliśmy do Oscara Wilda, którego nagrobek jest otoczony szkłem, żeby po nim nie pisano. Kiedy spragnieni siedzieliśmy na trawie i rosyjskim zwyczajem konsumowaliśmy szampana, pijąc za pomyślne życie wieczne zmarłych (między innymi Edith Piaf i Jima Morrisona), jedna pani, przechodząc obok nas spojrzała bardzo krzywo i czułam, że będzie z tego tytułu jakaś afera. No i właściwie nie było, choć pani okazała się donosicielką i za chwilę przyjechał samochód patrolujący teren i wyszła z niego miła strażniczka, która powiedziała, że ona nas bardzo przeprasza, ale jest jej bardzo przykro, że musimy wstać sobie i iść. I tak to jedyny raz mieliśmy kontakt z mundurowymi.
A na koniec to, co najpiękniejsze w Paryżu - nigdy nie wiesz, co Cię spotka za rokiem...
Nie będzie po kolei i w ogóle będzie w chaosie, ale niniejszym prezentuje Państwu szanownemu czytelnikostwu, czym uwiódł mnie Paryż.
la bellevilloise
Na imprezę (szóste urodziny) do tego klubu trafiliśmy dzięki Marcie i jej znajomym, którzy załatwili nam wejściówki i za co jeszcze raz dzięki. I jak się okazało, niektórzy Francuzi mówią po angielsku - na szczęście ;) Jak się dowiedzieliśmy potem od napotkanego w innej knajpie Francuza, bardzo dobrze trafiliśmy.
Dzielnica Belleville jest typowym przykładem paryskiego tyglu kulturowego i kojarzy mi się mocno z berlińskim Kreuzbergiem.
Nie chcę skłamać, ale na jamie, który się dział w klubie, było chyba z pięć czarnoskórych wokalistek, między innymi Imany (dla chętnych link), co to ponoć jest we Francji gwiazdą. Dawała radę dziewczyna razy tysiąc, ale i jej koleżanki też pociągnęły temat. Nie byłam nigdy na takim jamie. Grali soulowe, dyskotekowe i regałowe evergreeny, ale poziom mnie totalnie rozłożył na łopatki.
Na jednym z pięter malowano na żywo, na zewnątrz był duży taras, gdzie palili sobie ludzie różne rzeczy, a na samej górze budynku zlokalizowano wielki chillout room ze sztuczną trawą i leżakami. Ponoć klub zrobiony jest w dawnej fabryce. Jedno jest pewne, jak go nie zamkną, to na pewno tam wrócę ;)
Chartier
Do tej jadłodajni trafiliśmy również dzięki Marcie. To jest mi się za pierwszym razem nie udało (niespodziewany opad sił :) ). Poszliśmy tam z naszą piękną parą młodą w ramach celebracji ich zaślubin. Miejsce ma klimat wielkiej dworcowej restauracji. Kelner zapisuje na obrusie zamówienie, potem wszystko na tym samym obrusie zlicza. Kuchnia jest ok, choć jak się potem okazało za podobne pieniądze (20-25 EUR za przystawkę, drugie danie, deser i wino) można zjeść w innych restauracjach menu dnia. Ale ślimaki tam zapodane urywały!
Kir Royal
Przepyszny miks, składający się z likieru z czarnej porzeczki i szampana. Nie od dziś wiadomo, że bąbel dobrze robi, a taki lekko kwaskowy jeszcze lepiej.
Skosztowaliśmy go w dwóch miejscach, ale wydaje mi się, że jest to na tyle tradycyjny trunek, że jest ogólnie dostępny.
Pere Lachaise
Na Pere Lachaise dotarliśmy dość mocno strudzeni po wcześniejszych harcach na pchlim targu (o czym będzie w vol.2). Cypis zdecydowanie chciał siadać, a ja zdecydowanie byłam spragniona. Nie postawiliśmy sobie zbyt wielu mogilnych celów do odwiedzenia, ale kilku nieboszczykom postanowiliśmy przybić piątkę. Odwiedziliśmy grób Chopina, który sprzątał jakiś rozgoryczony Polak, co to narzekał, że nikt o groby nie dba i że on tu zaraz przyśle jakichś ministrów, a jakaś pani mu proponowała Strażnicę do poczytania (oni są wszędzie! Paryż, Lubocień, Wdzydze, Bydgoszcz). Dotarliśmy do Oscara Wilda, którego nagrobek jest otoczony szkłem, żeby po nim nie pisano. Kiedy spragnieni siedzieliśmy na trawie i rosyjskim zwyczajem konsumowaliśmy szampana, pijąc za pomyślne życie wieczne zmarłych (między innymi Edith Piaf i Jima Morrisona), jedna pani, przechodząc obok nas spojrzała bardzo krzywo i czułam, że będzie z tego tytułu jakaś afera. No i właściwie nie było, choć pani okazała się donosicielką i za chwilę przyjechał samochód patrolujący teren i wyszła z niego miła strażniczka, która powiedziała, że ona nas bardzo przeprasza, ale jest jej bardzo przykro, że musimy wstać sobie i iść. I tak to jedyny raz mieliśmy kontakt z mundurowymi.
A na koniec to, co najpiękniejsze w Paryżu - nigdy nie wiesz, co Cię spotka za rokiem...
Subskrybuj:
Posty (Atom)