Po powrocie wszyscy pytali: ej, ej, to są niezłe freaki, co nie? Nie wiem, czy to są freaki, ciężko cokolwiek sensownego powiedzieć o narodzie po tygodniu. Na pewno w pierwszym kontakcie są bardzo życzliwi i pomocni. Jeśli na ulicy stoisz zagubiona nad mapą albo gapisz się w automat z biletami, możesz być pewna, że za chwilę ktoś nieproszony podbije do Ciebie i udzieli pomocy. Bo Tokio mówi troszkę po angielsku, wystarczająco dużo, żeby wskazać właściwą drogę. Japończycy zdają się być wybitnie zakłopotani, kiedy tej drogi wskazać nie umieją.
Co do zasady chętnie się fotografują, chyba że akurat nie. Na dwie zaczepione kawai girl na Harajuku jedna była na nie, więc i tak dość duża skuteczność.
No to porobiłam im zdjęcia. Mam nawet kilka historii, krótkich, bo krótkich, czasem nieco nadpowiedzianych, ale jednak moich.
Nie do końca wiem, co ten Pan tam ogarniał w tym warsztacie. Ale pomyślałam sobie, że pewnie potrafi "wysmyczyć" (tak w dzieciństwie mówiłam zamiast "zrobić") wszystko. No i w ogóle mógłby być wujkiem albo dziackiem wujecznym. Rozczulało, że w tym na wskroś czystym mieście było troszkę syfu. Taki lekki syf daje świadomość, że nasi są wśród nich.
Choć wydawać się to zdaje niemożliwe, patrząc na to zdjęcie, dzieci japońskie są prześliczne i rozkoszne. No chyba, że Pani Marta nachyla się nad nimi, żeby zrobić zdjęcie. Wtedy dziecko japońskie płci żeńskiej popada w szloch.
Dziewczynki w tradycyjnych kimonach występują licznie przy świątyni Asakusa. A o tym będzie osobny wpis.
Riksza w Azji to nic nowego.
No właśnie. To jest chyba jedyny freak, jakiego spotkałam na ulicy. Pan dawał koncert i zdaje się, że w ogóle nie liczył na kasę.
Tu niestety znów wkrada się jedzenie. Mówię niestety, bo jak powracam myślą do tego żarcia, to robię się głodna i smutna. Dziewczyna serwowała słodką drożdżową bułkę, w której czaiły się lody mocno waniliowe.
Pan kucharz przygotowuje nasze rameny. Yummy.
kawai
Bardzo to ładna dziewczyna była, ale fotograf słaby. Ciekawostka: w Japonii nie zostawiamy pieniędzy na stoliku i nie zostawiamy napiwków - płaci się w kasach przy wyjściu.
W Japonii jest najpyszniejsze jedzenie na świecie. No dobra. Może nie najpyszniejsze, ale totalnie smakowe. I od razu mówię - w Japonii jedzenie nie jest drogie. Za ramen albo udon płaci się w barze około 20 złotych, więc mniej niż w Polszy, a że dobrze, to na serio nie będę nikogo przekonywać, bo do dziś fantazjuję o tym, co zjadłam.
Przed wyjazdem do Tokio podpytywałam znajomych, do jakich knajp się udać. Poza miejscami typu ramen z gwiazdą Michelina, czy sushi u Giro, wszyscy jak jeden mąż powtarzali: wszędzie jest smacznie. I to się zgadza.
Czekinowanie się jest hejtowane, że niby lans. Dzięki naszemu czekinowi okazało się, że w Tokio mieszka kolega Majki - Łukasz. To z nim udałyśmy się na pierwszy posiłek, nie wiedząc jeszcze, że to jedzenie będzie dyktować nam rytm życia w tym mieście. Niedaleko naszej kwatery było kilka takich ciasnych barów z zupami. Wszystkie na witrynkach mają plastikowe odlewy imitujące jedzenie. Nie, nie wiem, z czego. Zupkę zamawia się w automacie. I z bilecikiem idzie do baru. Wszystko dzieje się super sprawnie i szybko, a potem jest już tylko pysznie. I zdrowo!
Zjadłam tyle ramenu, że zamiast twarzy powinnam mieć rosół, a okazuje się, że na wadze po powrocie wynik ten sam :D
O, właśnie taki automat jak ten tu na zdjęciu.
Po zjedzeniu tego pierwszego japońskiego dania oczarowałam się na maxa. Potem już każdy dzień zaczynałam od zupki. Jednego dnia zdarzyło się, że skręciłyśmy w boczną uliczkę i zobaczyłyśmy knajpkę, przed którą stała duża grupa Japończyków. Spytałam, co dają. Okazało się, że to chińska zupa. No wiecie, chińska zupa w Japonii??? Bez sensu. A może jednak? Proces decyzyjny miałyśmy nieco zaburzony z powodu wypicia dnia poprzedniego znaczącej ilości białego wina. Postanowiłyśmy jednak iść na całość.
Zupa nazywa się maratan i jest też w typie naszego rosołku, ale podawana na ostro w skali od 1 do 6. Wzięłam trójkę i było ok. Składniki do zupy można było sobie wybrać z witrynki chłodzącej. Więc ostateczny smak rosołu był w moich rękach. Wybrałam szpinak, krewetki i grzybki, przypominające nasze halucynogeny.
Efekt - orgiastyczny!!!
Poniżej trochę zdjęć oscylujących wokół zupek. Wszystkie foty na MJUII.
Chłopaki gotują maratan z wybranych przez nas składników
jest radość
Bar z ramenem. Ostatnim naszym ramenem w Tokio. Co do zasady kuchnie w tokijskich barach są otwarte, więc można obserwować kucharzy w trakcje przygotowywania posiłku. Dodam jeszcze, że wszystkie te miejsca są super ciasne, co oczywiście dodaje im uroku.
Tu ramenownia w okolicach Harajuku. Był to nas drugi wybór. Z pierwszej knajpy wyszłam zniesmaczona, zobaczywszy w menu widnieje ramen z carbonarą - WTF??? W efekcie zjadłam jeden z pyszniejszych rodzajów ramenu - z pastą sezamową i mieloną wieprzowiną. Co ciekawe, tylko na lotnisku zaserwowano nam zupkę z jajkiem, co w Europie wydawało mi się standardem.
Jedziesz do takiego Wietnamu i wszystko jest takie egzotyczne. Mini historie o napotkanych twarzach.
Chłopiec z obsługi w barze karaoke i jego flota
Temu Panu nie sposób było nie zrobić zdjęcia. Uliczny sprzedawca. Uszatek
Na targu w Hoian
A to stacja benzynowa z dystrybutorem. Zahaczyliśmy o nią zaraz potem, jak jadąc w poszukiwaniu pięknej plaży, wyjebałam się na skuterku, chcąc uratować wietnamską kurę.
Sajgon - nazwa miasta mówi sama za siebie.
Handel na kółkach.
Najsmutniejsza hostessa Mikołaj świata
Najmniejszy fryzjer świata
Wietnamskie dzieci chyba tylko do pewnego momentu są ładne. Ale zdaje się, że podryw ma miejsce.
Houellebecq to przy Eugenidesie jeden z moich ulubionych współczesnych pisarzy. Do "Uległości" miałam dwa podejścia. Dojechałam do połowy i odłożyłam. Mam kryzys z czytaniem, to pewnie przez uzależnienie od internetu. Po rozmowie z Kasią postanowiłam szybko powrócić i dokończyć. Okazało się, że jestem jeszcze w stanie skupić się na słowach pisanych na papierze.
Jak sobie teraz o tym myślę, to może odłożyłam trochę ze strachu, co wydarzy się dalej. |
W tej powieści Houellebecq jest na wskroś profetyczny. Władzę we Francji przejmuje Bractwo Muzułmańskie. Częścią ministerstw dzieli się z koalicjantami, zostawiając sobie edukacje. Sorbona przechodzi we władanie Saudyjczyków. Wszystkie kobiety wykładowcy tracą pracę. Mężczyźni, tylko ci, którzy zdecydują się przekonwertować na islam, dostają świetne warunki pracy i młode muzułmańskie żony.
Świat się zmienia. Buduje się nowa Unia Europejska na wzór Cesarstwa Rzymskiego, pod wodzą muzułmanów. Kobiety zostają uprzedmiotowione do roli kochanek i służących. Jak to u Houellebecq'a o dzieciach mowy nie ma. Właśnie próbowałam sobie przypomnieć, czy gdziekolwiek w jego twórczości pojawiły się dzieci i nie przypominam sobie. Nowy porządek okazuje się być wygodnym rozwiązaniem dla głównego bohatera. Emocjonalna pustka zostaje wypełniona stałym rytmem i kobiecą uległością.
Wciąż troszkę się lękam, myśląc, że taka przyszłość mogłaby nas spotkać.
Największą siłą Houellebecq'a jest trafna obserwacja zachodniego społeczeństwa pogrążonego w konsumpcji. Panie Michel, po raz kolejny chylę czoła przed Pańskim talentem.
W Wietnamie byłam dlatego, że mam super pracę. Moda sieciowa, młode dziewczyny i zajebista ekipa. Niech moc będzie z Wami. (przyszedł mój własny osobisty MJUII - aaaa!!!!)
Jedna super koleżanka pożyczyła mi aparat Mju II. Dzięki Fro!!!
A tu pięć krótkich prawd o Wietnamie.
1. Wietnamczycy rzeczywiście potrafią zmieścić na skuterze swoją 5 osobową rodzinę z dobytkiem.
2. Nieprawdą jest, że w tym reżimowym kraju krążą za turystą służby specjalne.
3. Maruchainę w Sajgonie można kupić od pani, co w jednej kasetce ma różne marki papierosów i woreczek z tąże.
4. Jedzenie w Wietnamie jest wyborne i robię się głodna, gdy wracam do niego myślą.
5. Brak pory deszczowej nie oznacza braku deszczu, a jak mi ktoś powie,
że nie mamy na świecie wielkich zmian klimatycznych, to znaczy, że
siedzi w domu od kilku lat.
Ogólnie to moje życie też trochę wokół gówna się kręci, bo właściwie to czyje się nie kręci. Tematyka defekacji u niemowląt dotyka każdej matki, tak więc gówno w swej istocie zdaje się być dobrym tematem na blog parentingowy, którym to mój blog na pewno nie jest, ale kto wie, czy przez najbliższe kilka miesięcy nie będzie. Siła wyższa. Ale, ale, tu mała podpucha - ten post nie będzie jednak o przypominających jajecznicę albo, o zgrozo, kulki chrupki śniadaniowe, niemowlęcych kupeczkach, na myśl o których na pewno zrobiło się kilkorgu z Was niedobrze.
Będzie o filmie offowym, o którym po raz pierwszy usłyszałam podczas festiwalu w Gdyni, że mógł trafić do konkursu głównego. No więc choć tam nie trafił, to udało mu się gdzie indziej - do kin. I tak 14 lutego wybrałam się na walentynkową randkę z Żoną i z Mężem Żony. Na "Polskie gówno", żeby było romantycznie. (a w ogóle to od Męża Żony Tolcia otrzymała pierwsze w swym życiu kwiaty) No więc co było fajnego, dużo dobrych gagów, songów Tymona, które, jak na moje, śmiało nadały by się na wodewil - może warto o tym pomyśleć, Ryszardzie? Świetne kreacje - Peszek modlący się do bożka szołbiza i usługujący mu Możdżer we fraku i z garbem, robiący za lokaja. Nakoksowany Topa w reżyserce szoł, Sonia Bohasiewicz grająca Edzie Górniak, Brylewski, który grał siebie, czy Filip Gałązka rzygający w czasie koncertu (spektakularnie to wyglądało, bo gra na perkusji), Norbi w składzie jury talentszoł i pewnie wielu, wielu innych.
A co było słabe i wskazywało, ze to jednak produkcja offowa? Na pewno scenariusz, a właściwie jego brak. Osią fabularną była historia z trasy koncertowej zespołu, ale wszystko to się za bardzo kupy nie trzymało, choć nie raziło w sumie aż tak bardzo, bo kino i tak z kategorii rozrywkowego.
No ale pointa to chyba powstawała tak: "ej, no spoko, spoko, mamy tę trasę koncertową, więc się w miarę klei, ale co tu zrobić na sam koniec? ech, niech to wszystko pierdolnie w jakimś takim postmodernistycznym klimacie... Czekaj, czekaj, może takie ubogie science fiction?"
I tak to.
Czy warto iść do kina? Może warto, żeby wesprzeć kulturę alternatywną. I dla fanów Kur, to stuprocentowo rzecz do obejrzenia.