Tokio jest olbrzymie, ale, w przeciwieństwie do Londynu, w ogóle mnie nie przytłoczyło. Może przez swoją sterylność, może byłam w odpowiednich miejscach.
Nie wiem.
Kilka urywków z miasta.
21.3.16
17.3.16
Japończycy
Po powrocie wszyscy pytali: ej, ej, to są niezłe freaki, co nie? Nie wiem, czy to są freaki, ciężko cokolwiek sensownego powiedzieć o narodzie po tygodniu. Na pewno w pierwszym kontakcie są bardzo życzliwi i pomocni. Jeśli na ulicy stoisz zagubiona nad mapą albo gapisz się w automat z biletami, możesz być pewna, że za chwilę ktoś nieproszony podbije do Ciebie i udzieli pomocy. Bo Tokio mówi troszkę po angielsku, wystarczająco dużo, żeby wskazać właściwą drogę. Japończycy zdają się być wybitnie zakłopotani, kiedy tej drogi wskazać nie umieją.
Co do zasady chętnie się fotografują, chyba że akurat nie. Na dwie zaczepione kawai girl na Harajuku jedna była na nie, więc i tak dość duża skuteczność.
No to porobiłam im zdjęcia. Mam nawet kilka historii, krótkich, bo krótkich, czasem nieco nadpowiedzianych, ale jednak moich.
Co do zasady chętnie się fotografują, chyba że akurat nie. Na dwie zaczepione kawai girl na Harajuku jedna była na nie, więc i tak dość duża skuteczność.
No to porobiłam im zdjęcia. Mam nawet kilka historii, krótkich, bo krótkich, czasem nieco nadpowiedzianych, ale jednak moich.
| Dziewczynki w tradycyjnych kimonach występują licznie przy świątyni Asakusa. A o tym będzie osobny wpis. |
| Riksza w Azji to nic nowego. |
| No właśnie. To jest chyba jedyny freak, jakiego spotkałam na ulicy. Pan dawał koncert i zdaje się, że w ogóle nie liczył na kasę. |
| Pan kucharz przygotowuje nasze rameny. Yummy. |
| kawai |
| Bardzo to ładna dziewczyna była, ale fotograf słaby. Ciekawostka: w Japonii nie zostawiamy pieniędzy na stoliku i nie zostawiamy napiwków - płaci się w kasach przy wyjściu. |
| Jest i freak. |
| Życie nocne na Shibuyi. |
3.3.16
Tak oni jadają - rameny, udony, maratany
W Japonii jest najpyszniejsze jedzenie na świecie. No dobra. Może nie najpyszniejsze, ale totalnie smakowe. I od razu mówię - w Japonii jedzenie nie jest drogie. Za ramen albo udon płaci się w barze około 20 złotych, więc mniej niż w Polszy, a że dobrze, to na serio nie będę nikogo przekonywać, bo do dziś fantazjuję o tym, co zjadłam.
Przed wyjazdem do Tokio podpytywałam znajomych, do jakich knajp się udać. Poza miejscami typu ramen z gwiazdą Michelina, czy sushi u Giro, wszyscy jak jeden mąż powtarzali: wszędzie jest smacznie. I to się zgadza.
Czekinowanie się jest hejtowane, że niby lans. Dzięki naszemu czekinowi okazało się, że w Tokio mieszka kolega Majki - Łukasz. To z nim udałyśmy się na pierwszy posiłek, nie wiedząc jeszcze, że to jedzenie będzie dyktować nam rytm życia w tym mieście. Niedaleko naszej kwatery było kilka takich ciasnych barów z zupami. Wszystkie na witrynkach mają plastikowe odlewy imitujące jedzenie. Nie, nie wiem, z czego. Zupkę zamawia się w automacie. I z bilecikiem idzie do baru. Wszystko dzieje się super sprawnie i szybko, a potem jest już tylko pysznie. I zdrowo!
Zjadłam tyle ramenu, że zamiast twarzy powinnam mieć rosół, a okazuje się, że na wadze po powrocie wynik ten sam :D
O, właśnie taki automat jak ten tu na zdjęciu.
Po zjedzeniu tego pierwszego japońskiego dania oczarowałam się na maxa. Potem już każdy dzień zaczynałam od zupki. Jednego dnia zdarzyło się, że skręciłyśmy w boczną uliczkę i zobaczyłyśmy knajpkę, przed którą stała duża grupa Japończyków. Spytałam, co dają. Okazało się, że to chińska zupa. No wiecie, chińska zupa w Japonii??? Bez sensu. A może jednak? Proces decyzyjny miałyśmy nieco zaburzony z powodu wypicia dnia poprzedniego znaczącej ilości białego wina. Postanowiłyśmy jednak iść na całość.
Zupa nazywa się maratan i jest też w typie naszego rosołku, ale podawana na ostro w skali od 1 do 6. Wzięłam trójkę i było ok. Składniki do zupy można było sobie wybrać z witrynki chłodzącej. Więc ostateczny smak rosołu był w moich rękach. Wybrałam szpinak, krewetki i grzybki, przypominające nasze halucynogeny.
Efekt - orgiastyczny!!!
Poniżej trochę zdjęć oscylujących wokół zupek. Wszystkie foty na MJUII.
Przed wyjazdem do Tokio podpytywałam znajomych, do jakich knajp się udać. Poza miejscami typu ramen z gwiazdą Michelina, czy sushi u Giro, wszyscy jak jeden mąż powtarzali: wszędzie jest smacznie. I to się zgadza.
Czekinowanie się jest hejtowane, że niby lans. Dzięki naszemu czekinowi okazało się, że w Tokio mieszka kolega Majki - Łukasz. To z nim udałyśmy się na pierwszy posiłek, nie wiedząc jeszcze, że to jedzenie będzie dyktować nam rytm życia w tym mieście. Niedaleko naszej kwatery było kilka takich ciasnych barów z zupami. Wszystkie na witrynkach mają plastikowe odlewy imitujące jedzenie. Nie, nie wiem, z czego. Zupkę zamawia się w automacie. I z bilecikiem idzie do baru. Wszystko dzieje się super sprawnie i szybko, a potem jest już tylko pysznie. I zdrowo!
Zjadłam tyle ramenu, że zamiast twarzy powinnam mieć rosół, a okazuje się, że na wadze po powrocie wynik ten sam :D
O, właśnie taki automat jak ten tu na zdjęciu.
Po zjedzeniu tego pierwszego japońskiego dania oczarowałam się na maxa. Potem już każdy dzień zaczynałam od zupki. Jednego dnia zdarzyło się, że skręciłyśmy w boczną uliczkę i zobaczyłyśmy knajpkę, przed którą stała duża grupa Japończyków. Spytałam, co dają. Okazało się, że to chińska zupa. No wiecie, chińska zupa w Japonii??? Bez sensu. A może jednak? Proces decyzyjny miałyśmy nieco zaburzony z powodu wypicia dnia poprzedniego znaczącej ilości białego wina. Postanowiłyśmy jednak iść na całość.
Zupa nazywa się maratan i jest też w typie naszego rosołku, ale podawana na ostro w skali od 1 do 6. Wzięłam trójkę i było ok. Składniki do zupy można było sobie wybrać z witrynki chłodzącej. Więc ostateczny smak rosołu był w moich rękach. Wybrałam szpinak, krewetki i grzybki, przypominające nasze halucynogeny.
Efekt - orgiastyczny!!!
Poniżej trochę zdjęć oscylujących wokół zupek. Wszystkie foty na MJUII.
| Chłopaki gotują maratan z wybranych przez nas składników |
| jest radość |
12.2.16
Wietnamczycy
Jedziesz do takiego Wietnamu i wszystko jest takie egzotyczne.
Mini historie o napotkanych twarzach.
Mini historie o napotkanych twarzach.
| Chłopiec z obsługi w barze karaoke i jego flota |
| Temu Panu nie sposób było nie zrobić zdjęcia. Uliczny sprzedawca. Uszatek |
| Na targu w Hoian |
| A to stacja benzynowa z dystrybutorem. Zahaczyliśmy o nią zaraz potem, jak jadąc w poszukiwaniu pięknej plaży, wyjebałam się na skuterku, chcąc uratować wietnamską kurę. |
| Sajgon - nazwa miasta mówi sama za siebie. |
| Handel na kółkach. |
| Najsmutniejsza hostessa Mikołaj świata |
| Najmniejszy fryzjer świata |
| Wietnamskie dzieci chyba tylko do pewnego momentu są ładne. Ale zdaje się, że podryw ma miejsce. |
11.2.16
Profetyczna "Uległość"
Houellebecq to przy Eugenidesie jeden z moich ulubionych współczesnych pisarzy. Do "Uległości" miałam dwa podejścia. Dojechałam do połowy i odłożyłam. Mam kryzys z czytaniem, to pewnie przez uzależnienie od internetu. Po rozmowie z Kasią postanowiłam szybko powrócić i dokończyć. Okazało się, że jestem jeszcze w stanie skupić się na słowach pisanych na papierze.
Jak sobie teraz o tym myślę, to może odłożyłam trochę ze strachu, co wydarzy się dalej. |
W tej powieści Houellebecq jest na wskroś profetyczny. Władzę we Francji przejmuje Bractwo Muzułmańskie. Częścią ministerstw dzieli się z koalicjantami, zostawiając sobie edukacje. Sorbona przechodzi we władanie Saudyjczyków. Wszystkie kobiety wykładowcy tracą pracę. Mężczyźni, tylko ci, którzy zdecydują się przekonwertować na islam, dostają świetne warunki pracy i młode muzułmańskie żony.
Świat się zmienia. Buduje się nowa Unia Europejska na wzór Cesarstwa Rzymskiego, pod wodzą muzułmanów. Kobiety zostają uprzedmiotowione do roli kochanek i służących. Jak to u Houellebecq'a o dzieciach mowy nie ma. Właśnie próbowałam sobie przypomnieć, czy gdziekolwiek w jego twórczości pojawiły się dzieci i nie przypominam sobie. Nowy porządek okazuje się być wygodnym rozwiązaniem dla głównego bohatera. Emocjonalna pustka zostaje wypełniona stałym rytmem i kobiecą uległością.
Wciąż troszkę się lękam, myśląc, że taka przyszłość mogłaby nas spotkać.
Największą siłą Houellebecq'a jest trafna obserwacja zachodniego społeczeństwa pogrążonego w konsumpcji. Panie Michel, po raz kolejny chylę czoła przed Pańskim talentem.
3.2.16
Backstage story
W Wietnamie byłam dlatego, że mam super pracę. Moda sieciowa, młode dziewczyny i zajebista ekipa. Niech moc będzie z Wami. (przyszedł mój własny osobisty MJUII - aaaa!!!!)
1.2.16
5 prawd o Wietnamie
Jedna super koleżanka pożyczyła mi aparat Mju II. Dzięki Fro!!!
A tu pięć krótkich prawd o Wietnamie.
1. Wietnamczycy rzeczywiście potrafią zmieścić na skuterze swoją 5 osobową rodzinę z dobytkiem.
2. Nieprawdą jest, że w tym reżimowym kraju krążą za turystą służby specjalne.
3. Maruchainę w Sajgonie można kupić od pani, co w jednej kasetce ma różne marki papierosów i woreczek z tąże.
4. Jedzenie w Wietnamie jest wyborne i robię się głodna, gdy wracam do niego myślą.
5. Brak pory deszczowej nie oznacza braku deszczu, a jak mi ktoś powie, że nie mamy na świecie wielkich zmian klimatycznych, to znaczy, że siedzi w domu od kilku lat.
A tu pięć krótkich prawd o Wietnamie.
1. Wietnamczycy rzeczywiście potrafią zmieścić na skuterze swoją 5 osobową rodzinę z dobytkiem.
2. Nieprawdą jest, że w tym reżimowym kraju krążą za turystą służby specjalne.
3. Maruchainę w Sajgonie można kupić od pani, co w jednej kasetce ma różne marki papierosów i woreczek z tąże.
4. Jedzenie w Wietnamie jest wyborne i robię się głodna, gdy wracam do niego myślą.
5. Brak pory deszczowej nie oznacza braku deszczu, a jak mi ktoś powie, że nie mamy na świecie wielkich zmian klimatycznych, to znaczy, że siedzi w domu od kilku lat.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
