19.7.12
10.7.12
i po Openerze...
Minęły już cztery dni festiwalu, który jak to mawia K "dzieje się prawie u nas na dzielni". Fakt - Babie Doły tuż za rogiem. Jakie koncerty zapamiętam z tego roku? To może po kolei, choć kolejność, zaznaczam, przypadkowa.
Gogol Bordello
Ci Cyganie, co nie są Cyganami, ci Rosjanie, co nie są Rosjanami, dali mocy razy tysiąc. Jak tylko wjechali na scenę, publiczność oszalała i, choć wyszłam na bisy (to mankament Openera, trzeba urywać koncerty, żeby załapać się na kolejne albo po prostu znów chce się siku, albo pić, albo jeść, albo jeszcze inne co), to aż do ich trwania skakałam nieprzerwanie. Gratulacje dla wokalisty - ma chłopak niespożytą energię, która udziela się innym.
Major Lazer
Dla mnie odkrycie festiwalu, wcześniej nie znałam, a na koncert trafiłam, idąc od namiotu do sceny głównej i tak już zostałam. I znów mega zajebista energia porównywalna z Buraka Som Sistema. Słuchanie tego typu muzy na co dzień może nie kręci mnie za specjalnie, ale poskakać - bardzo bardzo! (z tego opisu Openera wynika, że ja to głównie skaczę)
Justice i SBTRKT
Rusza jak muzyczna rzeka dyskoteka Pana Jacka! Tańce, hulanki, pierdolnięcie, stroboskop na scenie i podskoki radosne w rytmach dyskotecznych. Oba koncerty bardzo dobre, energetyczne i fajne wizualnie.
The XX
Na ten koncert bardzo mocno liczyłam, miałam nadzieję, że będzie bardzo nastrojowo, ale i żwawo. Że piosenki z natury chilloutowe przy dobrych aranżach scenicznych mogą zabrzmieć żywiej. No niestety. Chyba dużym błędem było wrzucanie ich na dużą scenę - takie klimaty muzyczne potrzebują chyba bardziej intymnego otoczenia... Po trzech kawałkach zerwałam się, by poruszać nóżką na SBTRKT. I było warto.
Orbital
To był po prostu słaby set. I tyle na ten temat.
A najbardziej mi żal Aniołów w Ameryce:/
Gogol BordelloCi Cyganie, co nie są Cyganami, ci Rosjanie, co nie są Rosjanami, dali mocy razy tysiąc. Jak tylko wjechali na scenę, publiczność oszalała i, choć wyszłam na bisy (to mankament Openera, trzeba urywać koncerty, żeby załapać się na kolejne albo po prostu znów chce się siku, albo pić, albo jeść, albo jeszcze inne co), to aż do ich trwania skakałam nieprzerwanie. Gratulacje dla wokalisty - ma chłopak niespożytą energię, która udziela się innym.
Major Lazer
Dla mnie odkrycie festiwalu, wcześniej nie znałam, a na koncert trafiłam, idąc od namiotu do sceny głównej i tak już zostałam. I znów mega zajebista energia porównywalna z Buraka Som Sistema. Słuchanie tego typu muzy na co dzień może nie kręci mnie za specjalnie, ale poskakać - bardzo bardzo! (z tego opisu Openera wynika, że ja to głównie skaczę)
Justice i SBTRKT
Rusza jak muzyczna rzeka dyskoteka Pana Jacka! Tańce, hulanki, pierdolnięcie, stroboskop na scenie i podskoki radosne w rytmach dyskotecznych. Oba koncerty bardzo dobre, energetyczne i fajne wizualnie.
The XX
Na ten koncert bardzo mocno liczyłam, miałam nadzieję, że będzie bardzo nastrojowo, ale i żwawo. Że piosenki z natury chilloutowe przy dobrych aranżach scenicznych mogą zabrzmieć żywiej. No niestety. Chyba dużym błędem było wrzucanie ich na dużą scenę - takie klimaty muzyczne potrzebują chyba bardziej intymnego otoczenia... Po trzech kawałkach zerwałam się, by poruszać nóżką na SBTRKT. I było warto.
Orbital
To był po prostu słaby set. I tyle na ten temat.
A najbardziej mi żal Aniołów w Ameryce:/
3.7.12
Już za kilka chwil... Opener
Niektórzy marudzą, że line-up nie ten, że nie ma fajnych zespołów, że ten, taki i siaki festiwal to dużo fajniejszy jest, i tańszy, i wogle... Srutututu!
Ostatni raz na Openerze byłam w 2009 roku i na pewno nie zapomnę pierdolnięcia, jakie zapodała Grace Jones, pani po sześćdziesiątce z powerem jakich mało. Nie zapomnę też performensu 2 many djs, bo był spektakularny. I mogłabym tak wymieniać wielu artystów, którzy w ostatnich latach odwiedzili moją małą wioskę rybacką i zajebiście cieszę się z tego, że za rogiem czyha na mnie wydarzenie tej klasy. Tak więc spotykamy się jutro w okolicach 19 w autopku. Elo!
Ostatni raz na Openerze byłam w 2009 roku i na pewno nie zapomnę pierdolnięcia, jakie zapodała Grace Jones, pani po sześćdziesiątce z powerem jakich mało. Nie zapomnę też performensu 2 many djs, bo był spektakularny. I mogłabym tak wymieniać wielu artystów, którzy w ostatnich latach odwiedzili moją małą wioskę rybacką i zajebiście cieszę się z tego, że za rogiem czyha na mnie wydarzenie tej klasy. Tak więc spotykamy się jutro w okolicach 19 w autopku. Elo!
27.6.12
Z rodziną najlepiej na zdjęciu
Wszystkie
fotki wykonała nasza koleżanka o wielu ksywach, ale tu przytoczę jej
prawdziwe dane - Dagmara Gałecka - artystka totalna :) Dzięki, Gała!
9.6.12
4.6.12
Streetwaves rulez
Im bliżej wiosny, tym bliżej Streetwaves. Im bliżej Streetwaves tym bardziej się cieszę, bo chyba nie będzie przesadą stwierdzenie, że tego wydarzenia oczekuję bardzo bardzo. I nie o to się rozchodzi, że czekam z utęsknieniem na ogłoszenie programu. Niecierpliwie się, które zakątki Gdańska w tym roku oswoję, do jakich nieznanych zakamarków dotrę i co mnie zadziwi najbardziej.
W tym roku dzień pierwszy odpadł, niestety, z przyczyn pogodowych - Cze ze swymi katarami mógłby dokonać na Oruni i Biskupiej Górce zaawansowanego zapalenia górnych. Żałuję okropnie, bo nie wiem, kiedy jeszcze nadarzy się okazja, żeby zwiedzić Biskupią Górkę - rewir z serii zakazanych, przynajmniej w opinii Gdańszczan. Ale zakazane rewiry pociągają mnie razy tysiąc.
Dzień drugi - Żabianka, Jelitkowo. Do Żabianki mam jakiś taki dość chyba mało uzasadniony sentyment. Przemyślanie zbudowane wieżowce, dużo zieleni, górki na zupełnie płaskim terenie - mistrzostwo architektury z wielkiej płyty. Dziś się tak nie buduje.
Na Żabie zadebiutował Cze w swojej spacerówce. Uderzał grzechotką w rytm kawałków Dick4Dick i udawał zainteresowanie na meczu literaci kontra muzycy. Mecz zaskoczył mnie totalnie!!! Po prostu czad. Wątli zawodnicy, którzy, takie przynajmniej sprawiali wrażenie, na co dzień ze sportem nie wiele mają wspólnego, trafione teksty komentatorów, żywy udział lokalnych kibiców ;), no i do tego cztery siwe babcie wyglądające z balkonu czwartego piętra zdziwione i zaciekawione tym, co dzieje się na ich podwórku zaraz po mszy. Jakby tak wyglądało Koko, to nawet mogłabym objawić się na stadionie. Serio.
Po odstawieniu Cze do domu powróciłam w nowej odsłonie - Matki, co się objawiła bez dziecka. I to nie na szybie, ale w Jelitkowie. W konkursie nadmorskim o tytuł Miss Spot 2012 pierwsze miejsce przyznaję zdecydowanie restauracji Parkowa. Bardzo, ale to bardzo mnie ucieszyło, że lokalna społeczność ma swoje densingowe miejsce i że ta sama społeczność bawi się w niedzielę wieczorem przemocnie :)
Dziękuję Jullowi za występ na parkiecie, a organizatorom Streetwaves za niepowtarzalną atmosferę kolejnej już edycji. Czekam już przyszłorocznej imprezy. Thx Natalia!
30.5.12
wielka moc "Nietykalnych"
Dawno, bardzo dawno nie oglądałam filmu z tak zajebistymi dialogami. Od momentu kiedy usiadłam w fotelu kinowym (znów we wspaniałym Klubie Filmowym - i tu modlę się, oby był wiecznie otwarty) do końca projekcji śmiałam się w głos i do rozpuku, a nierzadko oczy napływały mi łzami.
"Nietykalni" to przezajebista aktorsko komedia z popisowymi rolami Omara Sy'a i Francoisa Cluzeta. W pierwszym panu jestem zakochana po nastolatkowemu, bo rzeczywiście jest zjawiskowo pięknym mężczyzną.
To film o spotkaniu się dwóch zupełnie różnych światów - biednego imigranta z paryskich przedmieść z niepełnosprawnym milionerem, i przyjaźni, która staje ponad wszelkimi podziałami.
Najmocniej wzruszyło mnie to, że w sytuacjach, kiedy życiówka - czynsz, kasa na żarcie, wszystkie te najprostsze potrzeby z drabiny Masłowa przesłaniają życiową perspektywę trudno jest zobaczyć, że właściwie każdy w życiu ma swoją szansę i może wyrwać się ze swojego środowiska.
To film hiperoptymistyczny. Przez cały czas spodziewałam się jakiegoś scenariuszowego pierdolnięcia, ale poza przemianą bohatera nic takiego się nie wydarza. I chwała reżyserowi za to, że nie stworzył kolejnego dramatu społecznego. Bo ja lubię kino lekkie i optymistyczne. Lubię filmy, które dają nadzieję, że życie ma swoje jasne strony. Bo ja jestem optymistyczna :)
No i muzyka - prześwietna, nastrojowa, znakomicie dobrana.
Ten film rzeczywiście nie stoi jakimś wybitnym scenariuszem, ale sądzę, że na szare i smutne dni może być doskonałym pocieszycielem w tym szarym świecie.
"Nietykalni" to przezajebista aktorsko komedia z popisowymi rolami Omara Sy'a i Francoisa Cluzeta. W pierwszym panu jestem zakochana po nastolatkowemu, bo rzeczywiście jest zjawiskowo pięknym mężczyzną.
To film o spotkaniu się dwóch zupełnie różnych światów - biednego imigranta z paryskich przedmieść z niepełnosprawnym milionerem, i przyjaźni, która staje ponad wszelkimi podziałami.
Najmocniej wzruszyło mnie to, że w sytuacjach, kiedy życiówka - czynsz, kasa na żarcie, wszystkie te najprostsze potrzeby z drabiny Masłowa przesłaniają życiową perspektywę trudno jest zobaczyć, że właściwie każdy w życiu ma swoją szansę i może wyrwać się ze swojego środowiska.
To film hiperoptymistyczny. Przez cały czas spodziewałam się jakiegoś scenariuszowego pierdolnięcia, ale poza przemianą bohatera nic takiego się nie wydarza. I chwała reżyserowi za to, że nie stworzył kolejnego dramatu społecznego. Bo ja lubię kino lekkie i optymistyczne. Lubię filmy, które dają nadzieję, że życie ma swoje jasne strony. Bo ja jestem optymistyczna :)
No i muzyka - prześwietna, nastrojowa, znakomicie dobrana.
Ten film rzeczywiście nie stoi jakimś wybitnym scenariuszem, ale sądzę, że na szare i smutne dni może być doskonałym pocieszycielem w tym szarym świecie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












