Mówili mi wszyscy wokół, żeby nie oglądać "We need to talk about Kevin", bo temat zbyt bliski młodej matce i tym samym zbyt bolesny. To była tylko dobra reklama, a że film niemalże sam wpadł mi w ręce (dzięki M.), postanowiłam obejrzeć bez względu na konsekwencje. Żeby o nim napisać, musiałam jednak nieco ochłonąć. Pewne sceny do dziś stają mi przed oczami, a na myśl o filmie ogarnia mnie jakieś takie emocjonalne rozedrganie.
* * *
Już jedna z pierwszych scen zapowiada masakrę. Plastyczny obraz ludzkich ciał, kotłujących się między sobą, umazanych sokiem z pomidorów wprowadza pewien niepokój, który nie opuszcza nas do końca filmu.
Nie przeszkadza mi zupełnie, że już w pierwszych 15 minutach wiemy, co się wydarzy, bo nie sama tragedia jest sednem filmu. Bardziej intrygujący wydaje się wątek relacji pomiędzy matką (znakomita i wielce prawdziwa kreacja Tildy Swinton) a Kevinem.
Spokoju nie daje mi pytanie, czy i czemu człowiek może urodzić się zły, bo taką tezę zdaje się stawiać reżyserka Lynne Ramsay . Mały Kevin jest dzieckiem potworkiem od urodzenia, szczególnie, a właściwie głównie, w stosunku do swojej matki. Nie odwzajemnia uśmiechów, w odruchach złośliwości brudzi pieluchy (ja nie wiem, ale on tam chyba ma z 5 lat i dalej wali w pieluchę!!! Cze, please, nie rób tego mamie). Przy tym wszystkim jednak zupełnie inaczej zachowuje się przy ojcu. I właśnie jednego nie jestem w stanie pokumać w tym scenariuszu, czemu ci, zdaje się, kochający się ludzie, nie są w stanie szczerze ze sobą porozmawiać. Mąż zdaje się w ogóle nie wierzyć zeznaniom matki. Mam wrażenie, że sygnały potwierdzające emocjonalne anomalie w osobowości Kevina były tak oczywiste, że dziwne, że oboje rodzice jednak je zbagatelizowali. Być może matka była już w zbyt dużym uczuciowym klinczu...
Jedno wiem na pewno - Cze łuku nie dostanie.
21.3.12
20.3.12
9.3.12
Bulwar nadmorski
Jednym z rutynowych zadań młodej matki jest spacer. Dodam, że zadanie to należy do przyjemnych i pozwala zabić trochę czasu i przenieść się z kanapy w inne okoliczności przyrody.
Moja klasyczna trasa wiedzie poprzez Bulwar Nadmorski i ulicę Świętojańską w drodze powrotnej.
Niedawno przywitaliśmy w naszej wiosce rybackiej wiosnę. Tłum emerytów, dzieci i kobiet w ciąży w całej rozciągłości objawił się nad morzem, a temperatura powietrze przekroczyła nawet z 10 stopni.
Jak to powiedziała Z. chyba po to mamy tę ch..ą (nie, nie, spokojnie, Z. na pewno nie użyła tego słowa) zimę, by potem móc się cieszyć nawet delikatną wiosną.
* * *
Jest 9.14 a mnie skończyła się kawa. Żal.
Moja klasyczna trasa wiedzie poprzez Bulwar Nadmorski i ulicę Świętojańską w drodze powrotnej.
Niedawno przywitaliśmy w naszej wiosce rybackiej wiosnę. Tłum emerytów, dzieci i kobiet w ciąży w całej rozciągłości objawił się nad morzem, a temperatura powietrze przekroczyła nawet z 10 stopni.
Jak to powiedziała Z. chyba po to mamy tę ch..ą (nie, nie, spokojnie, Z. na pewno nie użyła tego słowa) zimę, by potem móc się cieszyć nawet delikatną wiosną.
* * *
Jest 9.14 a mnie skończyła się kawa. Żal.
| wspomniane emerytki |
| dzieci z rodzicami na wychowawczym |
| koledzy emerytek - emeryci |
| młodzież w żółtych martensach, która też zagnała mnie w sentymenta licealne... |
28.2.12
kraj zapomniany - Korea Północna
Korea fascynuje mnie od dawna, tak jak historia Związku Radzieckiego, czy Chin. Wciąż zadziwia mnie fenomen społeczeństw totalitarnych, mocy ich przywódców i jednoczesnej niemocy poddanych narodów. Mam wrażenie, że Azjaci na tego typu zarządzanie są podatni jeszcze bardziej.
Zadziwia mnie też fakt, do czego może posunąć się człowiek walczący o przetrwanie. Ludzka bezwzględność nie zna granic i sprowadza nas w sytuacjach ekstremalnych do pozycji niemyślących zwierząt.
Wielki głód w Korei Północnej w latach 90-tych złamał nawet najtwardsze jednostki.
"Światu nie mamy czego zazdrościć" to cykl reportaży napisanych przez dziennikarkę Los Angeles Times - Barbarę Demick - stworzonych na podstawie wywiadu z uciekinierami z Korei Północnej. Opowieści te są o tyle ciekawe, że ich bohaterowie to przedstawiciele różnych klas społecznych, bo choć teoretycznie wszyscy Koreańczycy są równi, to tak naprawdę społeczeństwo koreańskie jest bardzo zróżnicowane ze względu na pochodzenie.
Uciekinierzy obnażają fasadowość propagandy reżimu Kim Zong Ila (książka została napisana i wydana jeszcze przez śmiercią Wielkiego Przywódcy), opisują wielki głód, który zdziesiątkował ich naród. Piszą o trudach codziennej walki o ziarnko ryżu.
Największym fenomenem jest jednak ślepa wiara milionów Koreańczyków, że imperialistyczne Stany Zjednoczone czy Korea Południowa żyją w jeszcze większej biedzie. Siła propagandy nie zna granic.
Zadziwia mnie też fakt, do czego może posunąć się człowiek walczący o przetrwanie. Ludzka bezwzględność nie zna granic i sprowadza nas w sytuacjach ekstremalnych do pozycji niemyślących zwierząt.
Wielki głód w Korei Północnej w latach 90-tych złamał nawet najtwardsze jednostki.
"Światu nie mamy czego zazdrościć" to cykl reportaży napisanych przez dziennikarkę Los Angeles Times - Barbarę Demick - stworzonych na podstawie wywiadu z uciekinierami z Korei Północnej. Opowieści te są o tyle ciekawe, że ich bohaterowie to przedstawiciele różnych klas społecznych, bo choć teoretycznie wszyscy Koreańczycy są równi, to tak naprawdę społeczeństwo koreańskie jest bardzo zróżnicowane ze względu na pochodzenie.
Uciekinierzy obnażają fasadowość propagandy reżimu Kim Zong Ila (książka została napisana i wydana jeszcze przez śmiercią Wielkiego Przywódcy), opisują wielki głód, który zdziesiątkował ich naród. Piszą o trudach codziennej walki o ziarnko ryżu.
Największym fenomenem jest jednak ślepa wiara milionów Koreańczyków, że imperialistyczne Stany Zjednoczone czy Korea Południowa żyją w jeszcze większej biedzie. Siła propagandy nie zna granic.
20.2.12
"Kieł" - rozbolało mnie wszystko
Giorgos Lanthimos trafił do jednego wora z Larsem von Trierem i Michaelem Heneke, czyli do grupy reżyserów, którzy perswazyjnie uderzają widza w głowę wielkim młotem, których filmy po prostu bolą, fizycznie bolą.
Taka obolała byłam w czasie oglądania "Kła".
To historia greckiej rodziny - psychicznego ojca, który postanawia wychowywać swoje dzieci w izolacji przed światem zewnętrznym (rola matki jest tu mniej istotna, zdaje się, że po prostu poddaje się woli męża). Oboje rodzice przekazują dzieciom przeinaczone pojęcia. I tak matka na pytanie córki, co to jest "cipa" odpowiada, że to klawiatura. Ale właściwie wydaje się, że akurat ta kwestia jest po prostu pewnym pomysłem reżysera na narracje i wypełnienie luk pomiędzy strasznymi skutkami, jakie wywołuje w zachowaniu (dorosłych już zresztą) dzieci izolacja.
Niewyżyty seksualnie brat sypia ze swoją siostrą, bo na taki pomysł wpada jego ojciec, chcąc pohamować jego nadmierny popęd seksualny - to tylko jeden z przykładów, pokazujący do czego prowadzi próba alternatywnego modelu rodziny.
Krytycy filmu zarzucają mu, że za całą jego kontrowersją i perwersją nic nie stoi, że brak mu jasnego przekazu. Jak dla mnie produkcja ma dwa wymiary. Pierwszy, rzekłabym - "fritzlowy", mówiący o tym, że są wśród nas takie rodziny i to nie tylko w patologii i że są rodzice zdolni do czynienia takich zbrodni wobec własnych dzieci, często skądinąd w przekonaniu, że jest to słuszne. I drugi - będący metaforą wszelkiej izolacji społecznej, wyłączenia pojedynczych ludzi, grup społecznych, państw od ich otoczenia.
Jako istota wysoce społeczne w pełnie się z tezą filmu zgadzam :)
Taka obolała byłam w czasie oglądania "Kła".
To historia greckiej rodziny - psychicznego ojca, który postanawia wychowywać swoje dzieci w izolacji przed światem zewnętrznym (rola matki jest tu mniej istotna, zdaje się, że po prostu poddaje się woli męża). Oboje rodzice przekazują dzieciom przeinaczone pojęcia. I tak matka na pytanie córki, co to jest "cipa" odpowiada, że to klawiatura. Ale właściwie wydaje się, że akurat ta kwestia jest po prostu pewnym pomysłem reżysera na narracje i wypełnienie luk pomiędzy strasznymi skutkami, jakie wywołuje w zachowaniu (dorosłych już zresztą) dzieci izolacja.
Niewyżyty seksualnie brat sypia ze swoją siostrą, bo na taki pomysł wpada jego ojciec, chcąc pohamować jego nadmierny popęd seksualny - to tylko jeden z przykładów, pokazujący do czego prowadzi próba alternatywnego modelu rodziny.
Krytycy filmu zarzucają mu, że za całą jego kontrowersją i perwersją nic nie stoi, że brak mu jasnego przekazu. Jak dla mnie produkcja ma dwa wymiary. Pierwszy, rzekłabym - "fritzlowy", mówiący o tym, że są wśród nas takie rodziny i to nie tylko w patologii i że są rodzice zdolni do czynienia takich zbrodni wobec własnych dzieci, często skądinąd w przekonaniu, że jest to słuszne. I drugi - będący metaforą wszelkiej izolacji społecznej, wyłączenia pojedynczych ludzi, grup społecznych, państw od ich otoczenia.
Jako istota wysoce społeczne w pełnie się z tezą filmu zgadzam :)
12.2.12
Chcemy być nowocześni - Cze w muzeum
W swoim krótkim, dwumiesięcznym żywocie Cze zdążył już być w muzeum dwa razy, oba w Muzeum Miasta Gdyni, w tym raz na wernisażu.
Ja, znana ze swojej skrupulatności, zobaczyłam na pewnym portalu społecznościowym wydarzenie o wystawie polskiego designu lat 50-tych i 60-tych. No i oczywiście postanowiłam pójść. A jak już iść, to z Cze oczywiście. Wiadomo, od dziecka wykształcamy w nim poczucie smaku ;)
Dopiero, kiedy dotarliśmy na miejsce, skumałam, że przecież ja na tej wystawie już byłam w Narodowym w Warszawie. I pamiętam, że nie specjalnie mnie ta wystawa kręciła, wielu rzeczy mi tam brakowało, jak na skalę Muzeum Narodowego. Natomiast, trzeba oddać, w gdyńskim muzeum wystawa leży jak ulał. Nie wiem, czemu tak to jest, że w Gdyni wszystko lepiej wygląda ;) Koleżanka kustoszka z naszego muzeum powiedziała, że "babki" z Narodowego mówiły, że zbiory są większe, ale nie zdążyli wszystkiego ściągnąć. No i tego to ja już naprawdę nie kumam.
Ach, chciałabym u Babci odkopać takie stare szkło, porcelanę z Ćmielowa, fotele...
Wystawę polecam wszystkim tym, którzy lubią ładne przedmioty.
Ja, znana ze swojej skrupulatności, zobaczyłam na pewnym portalu społecznościowym wydarzenie o wystawie polskiego designu lat 50-tych i 60-tych. No i oczywiście postanowiłam pójść. A jak już iść, to z Cze oczywiście. Wiadomo, od dziecka wykształcamy w nim poczucie smaku ;)
Dopiero, kiedy dotarliśmy na miejsce, skumałam, że przecież ja na tej wystawie już byłam w Narodowym w Warszawie. I pamiętam, że nie specjalnie mnie ta wystawa kręciła, wielu rzeczy mi tam brakowało, jak na skalę Muzeum Narodowego. Natomiast, trzeba oddać, w gdyńskim muzeum wystawa leży jak ulał. Nie wiem, czemu tak to jest, że w Gdyni wszystko lepiej wygląda ;) Koleżanka kustoszka z naszego muzeum powiedziała, że "babki" z Narodowego mówiły, że zbiory są większe, ale nie zdążyli wszystkiego ściągnąć. No i tego to ja już naprawdę nie kumam.
Ach, chciałabym u Babci odkopać takie stare szkło, porcelanę z Ćmielowa, fotele...
Wystawę polecam wszystkim tym, którzy lubią ładne przedmioty.
| To motto zdaje się być cały czas aktualne |
| Ja to kce!!!! |
| Chłopaki |
| I ten fotel też kcę!!! |
| Przemek Dyakowski z ekipą grali standardy jazzowe z lat 50-tych i 60-tych, więc w sumie był to też pierwszy koncert Czesia |
| Dlatego miał już odpowiednie podstawy do dyrygentury |
Etykiety:
60-te,
czesio,
ćmielów,
design,
Gdynia,
lata 50-te,
muzeum miasta gdyni,
muzeum narodowe,
porcelana,
przemek dyakowski,
szkło,
wojciech szczurek,
wystawa
9.2.12
Subskrybuj:
Posty (Atom)




