Ogólnie to moje życie też trochę wokół gówna się kręci, bo właściwie to czyje się nie kręci. Tematyka defekacji u niemowląt dotyka każdej matki, tak więc gówno w swej istocie zdaje się być dobrym tematem na blog parentingowy, którym to mój blog na pewno nie jest, ale kto wie, czy przez najbliższe kilka miesięcy nie będzie. Siła wyższa. Ale, ale, tu mała podpucha - ten post nie będzie jednak o przypominających jajecznicę albo, o zgrozo, kulki chrupki śniadaniowe, niemowlęcych kupeczkach, na myśl o których na pewno zrobiło się kilkorgu z Was niedobrze.
Będzie o filmie offowym, o którym po raz pierwszy usłyszałam podczas festiwalu w Gdyni, że mógł trafić do konkursu głównego. No więc choć tam nie trafił, to udało mu się gdzie indziej - do kin. I tak 14 lutego wybrałam się na walentynkową randkę z Żoną i z Mężem Żony. Na "Polskie gówno", żeby było romantycznie. (a w ogóle to od Męża Żony Tolcia otrzymała pierwsze w swym życiu kwiaty) No więc co było fajnego, dużo dobrych gagów, songów Tymona, które, jak na moje, śmiało nadały by się na wodewil - może warto o tym pomyśleć, Ryszardzie? Świetne kreacje - Peszek modlący się do bożka szołbiza i usługujący mu Możdżer we fraku i z garbem, robiący za lokaja. Nakoksowany Topa w reżyserce szoł, Sonia Bohasiewicz grająca Edzie Górniak, Brylewski, który grał siebie, czy Filip Gałązka rzygający w czasie koncertu (spektakularnie to wyglądało, bo gra na perkusji), Norbi w składzie jury talentszoł i pewnie wielu, wielu innych.
A co było słabe i wskazywało, ze to jednak produkcja offowa? Na pewno scenariusz, a właściwie jego brak. Osią fabularną była historia z trasy koncertowej zespołu, ale wszystko to się za bardzo kupy nie trzymało, choć nie raziło w sumie aż tak bardzo, bo kino i tak z kategorii rozrywkowego.
No ale pointa to chyba powstawała tak: "ej, no spoko, spoko, mamy tę trasę koncertową, więc się w miarę klei, ale co tu zrobić na sam koniec? ech, niech to wszystko pierdolnie w jakimś takim postmodernistycznym klimacie... Czekaj, czekaj, może takie ubogie science fiction?"
I tak to.
Czy warto iść do kina? Może warto, żeby wesprzeć kulturę alternatywną. I dla fanów Kur, to stuprocentowo rzecz do obejrzenia.
20.2.15
13.1.15
Dobra. Jestem trochę niewyspana.
Nowa sytuacja w moim życiu. Pojawiło się dziecko nr 2, czyli panna Tola (ta od Bolka i Lolka, ta sama, tylko jeszcze nie chodzi). Zmiana to zaiste znacząca, bo to nowy wspaniały człowiek w naszym domu.
Inaczej się nie dało, musiałam się zakochać, choć świadomość tego, że za kilka lat będzie mi pyskować i że na pewno nie będzie mnie słuchać, i że przyjdzie do domu pewnego dnia pijana, i że mi się jej chłopak/dziewczyna nie spodoba, i że wybierze nie te studia jest dość silna.
Pierwsze schody. Rejestracja.
Tola urodzona w Kartuzach ledwo ową Tolą została. Gdy Tata C. pojechał do USC w Kartuzach, celem pozyskania aktu urodzenia, usłyszał od, miłego skądinąd, Pana Urzędnika, że nie ma takiego imienia Tola, jest Tolisława, Anatola, Otylia, ale nie Tolia. I czy on choć przez chwilę pomyślał, czy jego córce, gdy skończy te 18 lat (nie wiedzieć czemu, dopiero wtedy Tola ma pozyskać świadomość na temat swojego imienia) nie będzie przykro, że ma tak na imię. I że on miał ostatnio rejestrować Xaviera Kwieka i też się sprzeciwił. Tata C był na ów sprzeciw przygotowany i Pana Urzędnika zaskoczył oświadczeniem Krajowej Rady Języka Polskiego, że imię Tola może w naszym kraju być dziewczynce nadane. Mimo to, Pan zadzwonił do swojej przełożonej celem konsultacji i usłyszał, że w sądzie z nami nie wygrają. Pewnie i by nie wygrali, bo do żadnego sądu byśmy nie szli, ale jakby mnie Tata C przyjechał z aktem urodzenia Anatoli Katarzyny, to nie wiem, czy bym jakiś entuzjazm z siebie wykrzesała.
W Leśnej Górze. Laurka dla szpitala.
To się chyba zdarza rzadko, żeby pacjentka tak entuzjastycznie wypowiadała się na temat publicznej służby zdrowia. No więc chce powiedzieć, że w Leśnej Górze (Kartuzach) prawie wszystko jest fajniejsze niż na Ukrainie (w Redłowie).
Rejestracja.
Rejestracja zajęła chyba 5 minut, bo wszystkie pytania, które na Ukrainie zadają pacjentce w czasie rejestracji w Leśnej Górze mają miejsce już na sali przedporodowej, gdzie sobie człowiek leży i czeka aż go zawiozą na salę operacyjną. Tym razem mój poród skrócił się 100-krotnie. Na Ukrainie zajął 18 godzin, tu - 18 minut. Cesarka bez akcji porodowej jest extra, szczególnie jak się nie umie rodzić, a po wspomnieniach z Ukrainy wiem, że rodzić nie umiem.
Pacjent też człowiek.
Po operacji okazało się, że mam wysokie CRP. Na Ukrainie było tak samo, tyle że dowiedziałam się o tym przez przypadek, bo nikt z lekarzy nie raczył mnie poinformować ani o tym fakcie, ani też o tym, że mam kurację antybiotykową. W Leśnej Górze dr Burski przyszedł przedyskutować ze mną kurację. Byłam w szoku.
Jedzenie.
Pierwszego dnia normalnej diety (po koszmarze z kleikiem - jezusie, jak ja nienawidzę kleiku) wydawało mi się, że zjadam najpyszniejszy barszcz ukraiński i super kopytka. Ale radość chyba głównie wynikała z głodu. Kolejne posiłki niestety były rozczarowaniem. Szpitalna klasyka - najgorzej. Szczęśliwie dokarmiałam się alternatywnie.
Jedynka
MIAŁAM JEDNOOSOBOWY POKÓJ Z TOALETĄ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Także tak to.
Tola zaczyna kwilić, więc, wybaczcie Państwo, obowiązki wzywają.
Inaczej się nie dało, musiałam się zakochać, choć świadomość tego, że za kilka lat będzie mi pyskować i że na pewno nie będzie mnie słuchać, i że przyjdzie do domu pewnego dnia pijana, i że mi się jej chłopak/dziewczyna nie spodoba, i że wybierze nie te studia jest dość silna.
Pierwsze schody. Rejestracja.
Tola urodzona w Kartuzach ledwo ową Tolą została. Gdy Tata C. pojechał do USC w Kartuzach, celem pozyskania aktu urodzenia, usłyszał od, miłego skądinąd, Pana Urzędnika, że nie ma takiego imienia Tola, jest Tolisława, Anatola, Otylia, ale nie Tolia. I czy on choć przez chwilę pomyślał, czy jego córce, gdy skończy te 18 lat (nie wiedzieć czemu, dopiero wtedy Tola ma pozyskać świadomość na temat swojego imienia) nie będzie przykro, że ma tak na imię. I że on miał ostatnio rejestrować Xaviera Kwieka i też się sprzeciwił. Tata C był na ów sprzeciw przygotowany i Pana Urzędnika zaskoczył oświadczeniem Krajowej Rady Języka Polskiego, że imię Tola może w naszym kraju być dziewczynce nadane. Mimo to, Pan zadzwonił do swojej przełożonej celem konsultacji i usłyszał, że w sądzie z nami nie wygrają. Pewnie i by nie wygrali, bo do żadnego sądu byśmy nie szli, ale jakby mnie Tata C przyjechał z aktem urodzenia Anatoli Katarzyny, to nie wiem, czy bym jakiś entuzjazm z siebie wykrzesała.
W Leśnej Górze. Laurka dla szpitala.
To się chyba zdarza rzadko, żeby pacjentka tak entuzjastycznie wypowiadała się na temat publicznej służby zdrowia. No więc chce powiedzieć, że w Leśnej Górze (Kartuzach) prawie wszystko jest fajniejsze niż na Ukrainie (w Redłowie).
Rejestracja.
Rejestracja zajęła chyba 5 minut, bo wszystkie pytania, które na Ukrainie zadają pacjentce w czasie rejestracji w Leśnej Górze mają miejsce już na sali przedporodowej, gdzie sobie człowiek leży i czeka aż go zawiozą na salę operacyjną. Tym razem mój poród skrócił się 100-krotnie. Na Ukrainie zajął 18 godzin, tu - 18 minut. Cesarka bez akcji porodowej jest extra, szczególnie jak się nie umie rodzić, a po wspomnieniach z Ukrainy wiem, że rodzić nie umiem.
Pacjent też człowiek.
Po operacji okazało się, że mam wysokie CRP. Na Ukrainie było tak samo, tyle że dowiedziałam się o tym przez przypadek, bo nikt z lekarzy nie raczył mnie poinformować ani o tym fakcie, ani też o tym, że mam kurację antybiotykową. W Leśnej Górze dr Burski przyszedł przedyskutować ze mną kurację. Byłam w szoku.
Jedzenie.
Jedynka
MIAŁAM JEDNOOSOBOWY POKÓJ Z TOALETĄ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Także tak to.
Tola zaczyna kwilić, więc, wybaczcie Państwo, obowiązki wzywają.
14.12.14
Miejsce urodzenia: Kartuzy
Kartuzy to takie małe, piętnastotysięczne miasteczko, które mijamy, jadąc na nasze piękne Kaszuby.
Czemu Kaszuby są piękne? Każdy kto był, ten wie. To zalesione górzyste tereny pełne malowniczych jezior. O tej krainie zwykło się mówić: "Szawjcaria Kaszubska". Per analogia zatem: Kartuzy są trochę jak Zurich. Osobiście znam je głównie z dworca PKS, w którym to często przesiadałam się z jednego autobusu w drugi, żeby dojechać do Gowidlina, czy Zgorzałego, czy innej kaszubskiej wsi, gdzie akurat czyiś rodzice mają domek i za małolata się tam zalegało w ramach wakacyjnego pochleju i relaksu.
Kartuzy to również słynna Pizzeria Bemol przy rynku serwująca kaszubską odmianę pizzy o fantazyjnych nazwach zaczerpniętych z gatunków muzycznych - pizza reggae czy jazz. Jeśli był fundusz, bo zazwyczaj, umówmy się, budżet wyjazdu licealnego/studenckieg pozwalał na zakup kilku specjali mocnych, paczki elemów lajtów, puszki pasztetu, bochenka chleba i zupki chińskiej, to w przerwie między pekaesami miło było kulturalnie zjeść pizzuszkę w pizzerii Bemol.
Więcej atrakcji w Kartuzach nie znam. No może poza tą jedną i jedyną w swoim rodzaju - tj. PORODÓWKĄ - HELL YEAH! Otóż wybieram się tam w środę, by doktor P. wyciągnął mi z brzucha dziewczynkę, córeczkę malusią taką.
No i oczywiście nie obyło się bez słów krytyki. Jakiej? Pamiętam, że jak zdecydowaliśmy się nadać synowi imię Czesław, wiele osób chowało głowę w piasek, inni jawnie krytykowali, choć mało kto ośmielił się zaszantażować nas, że będzie o nim mówić: "Ten Chłopiec" - w, uwierzcie mi, i o takich przypadkach słyszałam.
Tym razem imię jakoś przechodzi. Gorzej jednak z krzywdą, jaką wyrządzamy dziecku, rodząc je w Kartuzach. Oczywiście największe lamenty słyszę od gdyńskich megalomanów (Pozdro z tego miejsca dla Cioci F ;) ). No więc, kto rodził w Redłowie, ten wie, że mało kto ma odwagę, by rodzić tam po raz drugi. Także tak! Kartuzy welcome to. A teraz idę zakuwać słówka, po kaszubsku ;)
By the way, my BFF was born in Mrągowo <3 p="">3>
Czemu Kaszuby są piękne? Każdy kto był, ten wie. To zalesione górzyste tereny pełne malowniczych jezior. O tej krainie zwykło się mówić: "Szawjcaria Kaszubska". Per analogia zatem: Kartuzy są trochę jak Zurich. Osobiście znam je głównie z dworca PKS, w którym to często przesiadałam się z jednego autobusu w drugi, żeby dojechać do Gowidlina, czy Zgorzałego, czy innej kaszubskiej wsi, gdzie akurat czyiś rodzice mają domek i za małolata się tam zalegało w ramach wakacyjnego pochleju i relaksu.
Kartuzy to również słynna Pizzeria Bemol przy rynku serwująca kaszubską odmianę pizzy o fantazyjnych nazwach zaczerpniętych z gatunków muzycznych - pizza reggae czy jazz. Jeśli był fundusz, bo zazwyczaj, umówmy się, budżet wyjazdu licealnego/studenckieg pozwalał na zakup kilku specjali mocnych, paczki elemów lajtów, puszki pasztetu, bochenka chleba i zupki chińskiej, to w przerwie między pekaesami miło było kulturalnie zjeść pizzuszkę w pizzerii Bemol.
Więcej atrakcji w Kartuzach nie znam. No może poza tą jedną i jedyną w swoim rodzaju - tj. PORODÓWKĄ - HELL YEAH! Otóż wybieram się tam w środę, by doktor P. wyciągnął mi z brzucha dziewczynkę, córeczkę malusią taką.
No i oczywiście nie obyło się bez słów krytyki. Jakiej? Pamiętam, że jak zdecydowaliśmy się nadać synowi imię Czesław, wiele osób chowało głowę w piasek, inni jawnie krytykowali, choć mało kto ośmielił się zaszantażować nas, że będzie o nim mówić: "Ten Chłopiec" - w, uwierzcie mi, i o takich przypadkach słyszałam.
Tym razem imię jakoś przechodzi. Gorzej jednak z krzywdą, jaką wyrządzamy dziecku, rodząc je w Kartuzach. Oczywiście największe lamenty słyszę od gdyńskich megalomanów (Pozdro z tego miejsca dla Cioci F ;) ). No więc, kto rodził w Redłowie, ten wie, że mało kto ma odwagę, by rodzić tam po raz drugi. Także tak! Kartuzy welcome to. A teraz idę zakuwać słówka, po kaszubsku ;)
By the way, my BFF was born in Mrągowo <3 p="">3>
5.12.14
"Mama" - nowy Dolan rozłupuje na kawałki
W filmach tego chłopaka kocham się od dawna. Od debiutu wiedziałam, że każdy jego następny obraz będzie coraz lepszy. Mam z nim, jak z Masłowską, jeśli się rozchodzi o młodych debiutantów. Kiedy są obiecujący w formie, to treść sama przyjdzie z czasem i doświadczeniem.
To, że Xavier Dolan w każdym kolejnym filmie rozprawia się ze swoją przeszłością w ogóle mnie nie drażni, a wręcz uważam, że dzięki temu jego filmy są dużo bardziej autentyczne już w warstwie scenariuszowej. Bo co do wartości wizualnych w jego obrazach, to są jak spod igły. Raj dla oczu, dla uszu zresztą też.
Tym razem jest dramatycznie. Bardzo. Może dla mnie jeszcze bardziej, bo jestem już matką... "Mama" to film o głębokiej miłości, jaka łączy nieco nieporadną matkę z nadpobudliwym, sprawiającym duże problemy wychowawcze synem. Koleżanka, co była ze mną w kinie, postawiła nawet tezę, że chłopiec ma większe zaburzenia niż tylko nadpobudliwość. Być może. Najbardziej dojmujący jest chyba brak zrozumienia i wsparcia z zewnątrz.
Dużo ostatnio rozprawiam sobie w głowie o polskiej szkole i edukacji sensu largo. O urawniłowce, ciśnięciu na wynik i braku indywidualnego podejścia do dziecka. No i ubolewam bardzo, bo choć nie mam problemów rodem z dolanowskiej historii, to jak każda matka bezgranicznie rozkochana w swoim dzieckiem, dostrzegam jego indywidualizm.
Ale wracając do "Mamy", to oczywiście na seansie płakałam i śmiałam się naprzemiennie, trochę jak główni bohaterowie. Po prostu trzeba zobaczyć.
To, że Xavier Dolan w każdym kolejnym filmie rozprawia się ze swoją przeszłością w ogóle mnie nie drażni, a wręcz uważam, że dzięki temu jego filmy są dużo bardziej autentyczne już w warstwie scenariuszowej. Bo co do wartości wizualnych w jego obrazach, to są jak spod igły. Raj dla oczu, dla uszu zresztą też.
Tym razem jest dramatycznie. Bardzo. Może dla mnie jeszcze bardziej, bo jestem już matką... "Mama" to film o głębokiej miłości, jaka łączy nieco nieporadną matkę z nadpobudliwym, sprawiającym duże problemy wychowawcze synem. Koleżanka, co była ze mną w kinie, postawiła nawet tezę, że chłopiec ma większe zaburzenia niż tylko nadpobudliwość. Być może. Najbardziej dojmujący jest chyba brak zrozumienia i wsparcia z zewnątrz.
Dużo ostatnio rozprawiam sobie w głowie o polskiej szkole i edukacji sensu largo. O urawniłowce, ciśnięciu na wynik i braku indywidualnego podejścia do dziecka. No i ubolewam bardzo, bo choć nie mam problemów rodem z dolanowskiej historii, to jak każda matka bezgranicznie rozkochana w swoim dzieckiem, dostrzegam jego indywidualizm.
Ale wracając do "Mamy", to oczywiście na seansie płakałam i śmiałam się naprzemiennie, trochę jak główni bohaterowie. Po prostu trzeba zobaczyć.
26.11.14
Jak to jest z tą drugą ciążą na finiszu
Co do zasady finisze są trudne. Pamiętam finisz pracy magisterskiej - koszmar, a przecież do zrobienia pozostawała tylko bibliografia. Sama myśl jednak o tym, że to już ostatnia rzecz, ale taka drobiazgowa i jednak wymagająca, o zgrozo, dokładności przyprawiała mnie o ból pośladków.
Teraz z pośladkami nie jest źle, choć mam wrażenie, że osiągnęły monstrualne rozmiary, ale w porównaniu z wielkimi głowami, które mam przyczepione do klatki piersiowej to nic. Można po prostu uogólnić - I'm big, big mama! I to jeszcze potrwa. Wiem, wiem, już tylko trzy tygodnie, ale są one straszne. Straszne zarówno w pierwszej ciąży, jak i w drugiej, ale zapewniam wszystkie mamy, co są w pierwszej albo były, albo będą, że nic to w porównaniu do drugiej.
No bo to już nie jest tak, że na L4 tylko serial i relaks. O nie! W ramach wyparcia głoszę światu jak to super, że serial i że kanapa. Prawda jednak jest bardziej bolesna i dojmująca. Jakie są najgorsze rzeczy w ciąży w jej ostatnim etapie i co może człowieka wkurwiać do imentu:
1. Schylasz się, żeby włożyć but (na przylepiec albo wkładany, z tych sznurowanych dawno trzeba było zrezygnować) i po tej czynności sapiesz jak maratończyk na półmetku.
2. To są cały czas te same buty, bo w niektóre noga już się najzwyczajniej w świecie nie mieści.
3. Cały korpus nie mieści się w kurtce, więc chodzisz w rozpiętej, bo wiesz, że to jeszcze trzy tygodnie, a przecież i tak daleko nie chodzisz, bo się zasapiesz, a do fury można w rozpiętej. Najgorzej, jeśli w drugiej ciąży masz tę samą kurtkę, co w pierwszej, bo sobie przypominasz, jak Ci było niedobrze pod koniec pierwszej ciąży, gdy tylko wzrokiem na ten czarny wór rzuciłaś na chwilkę.
4. Rozstępy. Cieszyłaś się, że w pierwszej ciąży Ci się żaden nie zrobił. I mówiłaś koleżankom wokół, jaki to zajebisty krem ta Mustela i nieważne, że kosztuje masę kasy, bo przecież uchroni Cię przed tym cielesnym skalaniem ostatecznym. No więc spoko, jak w pierwszej się nie rozeszło skutecznie, to w drugiej może jak najbardziej i na nic pocieszanie w pierwszej fazie pojawiania się rozstępów, że to wysypka ciążowa. Widziałaś kiedyś wysypkę w kształcie pasków? No nie bardzo, niestety.
5. Nie możesz zasnąć do 2? Budzisz się o 5 z wielkim ciśnieniem na pęcherzu? Nie martw się, jedno jest pewne, Twoje pierwsze dziecko Cię nie zawiedzie i wstanie jak co dzień o 7.30. A Ty, łaskawa Pani, wstaniesz wszak z nim i mężem, bo teoretycznie oni wyruszają do swoich obowiązków, a Ty przecież możesz walnąć drzemkę. Chyba że akurat: sprzątasz, gotujesz obiad, robisz zakupy i niestety nie starczy Ci na nią czasu.
6. O 16 koniec Twego rzekomego czasu relaksu. Sądny moment odbioru 3latka, który oczywiście, że bawi i cieszy, ale czasem też doprowadza do wyżyn irytacji. Masz wrażenie, że górka do przedszkola jest nie do pokonania? I że to Twoje małe Bieszczady? Tak, ta góra rzeczywiście urosła i nawet nie próbuj wdrapać się na nią, rozmawiając przez telefon, bo Twój rozmówca na szczycie może wezwać erkę, myśląc, że to nie zasapanie, a stan przedzawałowy.
Starczy na dziś.
Macierzyństwo jest piękne.
Ciąża to stan błogosławiony.
ELO!
Teraz z pośladkami nie jest źle, choć mam wrażenie, że osiągnęły monstrualne rozmiary, ale w porównaniu z wielkimi głowami, które mam przyczepione do klatki piersiowej to nic. Można po prostu uogólnić - I'm big, big mama! I to jeszcze potrwa. Wiem, wiem, już tylko trzy tygodnie, ale są one straszne. Straszne zarówno w pierwszej ciąży, jak i w drugiej, ale zapewniam wszystkie mamy, co są w pierwszej albo były, albo będą, że nic to w porównaniu do drugiej.
No bo to już nie jest tak, że na L4 tylko serial i relaks. O nie! W ramach wyparcia głoszę światu jak to super, że serial i że kanapa. Prawda jednak jest bardziej bolesna i dojmująca. Jakie są najgorsze rzeczy w ciąży w jej ostatnim etapie i co może człowieka wkurwiać do imentu:
1. Schylasz się, żeby włożyć but (na przylepiec albo wkładany, z tych sznurowanych dawno trzeba było zrezygnować) i po tej czynności sapiesz jak maratończyk na półmetku.
2. To są cały czas te same buty, bo w niektóre noga już się najzwyczajniej w świecie nie mieści.
3. Cały korpus nie mieści się w kurtce, więc chodzisz w rozpiętej, bo wiesz, że to jeszcze trzy tygodnie, a przecież i tak daleko nie chodzisz, bo się zasapiesz, a do fury można w rozpiętej. Najgorzej, jeśli w drugiej ciąży masz tę samą kurtkę, co w pierwszej, bo sobie przypominasz, jak Ci było niedobrze pod koniec pierwszej ciąży, gdy tylko wzrokiem na ten czarny wór rzuciłaś na chwilkę.
4. Rozstępy. Cieszyłaś się, że w pierwszej ciąży Ci się żaden nie zrobił. I mówiłaś koleżankom wokół, jaki to zajebisty krem ta Mustela i nieważne, że kosztuje masę kasy, bo przecież uchroni Cię przed tym cielesnym skalaniem ostatecznym. No więc spoko, jak w pierwszej się nie rozeszło skutecznie, to w drugiej może jak najbardziej i na nic pocieszanie w pierwszej fazie pojawiania się rozstępów, że to wysypka ciążowa. Widziałaś kiedyś wysypkę w kształcie pasków? No nie bardzo, niestety.
5. Nie możesz zasnąć do 2? Budzisz się o 5 z wielkim ciśnieniem na pęcherzu? Nie martw się, jedno jest pewne, Twoje pierwsze dziecko Cię nie zawiedzie i wstanie jak co dzień o 7.30. A Ty, łaskawa Pani, wstaniesz wszak z nim i mężem, bo teoretycznie oni wyruszają do swoich obowiązków, a Ty przecież możesz walnąć drzemkę. Chyba że akurat: sprzątasz, gotujesz obiad, robisz zakupy i niestety nie starczy Ci na nią czasu.
6. O 16 koniec Twego rzekomego czasu relaksu. Sądny moment odbioru 3latka, który oczywiście, że bawi i cieszy, ale czasem też doprowadza do wyżyn irytacji. Masz wrażenie, że górka do przedszkola jest nie do pokonania? I że to Twoje małe Bieszczady? Tak, ta góra rzeczywiście urosła i nawet nie próbuj wdrapać się na nią, rozmawiając przez telefon, bo Twój rozmówca na szczycie może wezwać erkę, myśląc, że to nie zasapanie, a stan przedzawałowy.
Starczy na dziś.
Macierzyństwo jest piękne.
Ciąża to stan błogosławiony.
ELO!
15.11.14
Dla maniaków serialowych - The Knick
Zastanawiam się, jak pojawienie się tak wielu
wyśmienitych seriali wpłynęło na spadek czytelnictwa. Mam niestety niejasne
wrażenie, że mocno - wiem sama po sobie, że czytam mniej, bo wciąż jest coś
dobrego do obejrzenia. Ostatnio "The Knick", który polecił mi
kolega z pracy z klauzulą, że pierwszy odcinek niekoniecznie jest dla kobiet w
ciąży, a już szczególnie nie dla tych, których poród odbędzie się
przez cesarskie cięcie.Przez jakiś czas się wstrzymywałam, a że od ponad miesiąca nie jeżdżę do fabryki opakowań, to, uwierzcie mi, mili Państwo, łatwo nie było.Znana z żelaznej konsekwencji i neurotyczności pokusiłam się o odpalenie pierwszego odcinka i nie pożałowałam. Serial jest świetny i dla tych, co sieją defetyzm, że produkcje HBO niosą ze sobą pewien poziom plastiku, mam potwierdzone info - prawda ta nie tyczy się "The Knick". Mistrzowska reżyseria Stevena Soderbergha, wiarygodna i mroczna osoba dr Tackerego (zajebisty Clive Owen), klimat Nowego Jorku z początku XX wieku, wyraziste, czasem wręcz komiksowo narysowane, charaktery postaci drugoplanowych, scenografia, nawet wątki medyczne (na serio medycyna to ostatnia rzecz, którą się interesuje) - po prostu zajebistość pełna. Smutno mi było, że po 10 odcinkach skończył się sezon. Ktoś mi ostatnio opowiadał, że trzyma na kompie ostatni odcinek - tak ciężko mu się rozstać z doktorem Tackerym.
Niech nikogo nie przeraża, że to kolejny lekarz uzależniony od drugów - choć jest to bardzo ważny motyw w całej fabule. Dzięki kokainie zanurzamy się w mroczne klimaty chińskich palarni opium. Tak tam fajnie, że sama bym to opium zajarała. No i jest oczywiście piękna dziewczyna. I przystojny czarnoskóry doktor. Bo oczywiście warstwa obyczajowa odgrywa dużą rolę w całym serialu - nie nakręciłabym się na same wątki medyczne, choć i one są w produkcji fajnie pokazane.
przez cesarskie cięcie.Przez jakiś czas się wstrzymywałam, a że od ponad miesiąca nie jeżdżę do fabryki opakowań, to, uwierzcie mi, mili Państwo, łatwo nie było.Znana z żelaznej konsekwencji i neurotyczności pokusiłam się o odpalenie pierwszego odcinka i nie pożałowałam. Serial jest świetny i dla tych, co sieją defetyzm, że produkcje HBO niosą ze sobą pewien poziom plastiku, mam potwierdzone info - prawda ta nie tyczy się "The Knick". Mistrzowska reżyseria Stevena Soderbergha, wiarygodna i mroczna osoba dr Tackerego (zajebisty Clive Owen), klimat Nowego Jorku z początku XX wieku, wyraziste, czasem wręcz komiksowo narysowane, charaktery postaci drugoplanowych, scenografia, nawet wątki medyczne (na serio medycyna to ostatnia rzecz, którą się interesuje) - po prostu zajebistość pełna. Smutno mi było, że po 10 odcinkach skończył się sezon. Ktoś mi ostatnio opowiadał, że trzyma na kompie ostatni odcinek - tak ciężko mu się rozstać z doktorem Tackerym.
Niech nikogo nie przeraża, że to kolejny lekarz uzależniony od drugów - choć jest to bardzo ważny motyw w całej fabule. Dzięki kokainie zanurzamy się w mroczne klimaty chińskich palarni opium. Tak tam fajnie, że sama bym to opium zajarała. No i jest oczywiście piękna dziewczyna. I przystojny czarnoskóry doktor. Bo oczywiście warstwa obyczajowa odgrywa dużą rolę w całym serialu - nie nakręciłabym się na same wątki medyczne, choć i one są w produkcji fajnie pokazane.
Podsumowując,
jeśli obejrzeliście już "Siostrę Jackie" czy "Doktora
House" nie dajcie się zwieść podpowiedziom, że temat lekarzy narkomanów
jest już zamknięty czy przegadany.
11.11.14
Piszę, bo muszę, bo świat mnie porusza, wzrusza i obrusza.
Zajrzałam
na blog. Przypadkiem. Od ponad roku jest tu cicho. Dużo innych rzeczy
mnie pochłonęło, a przecież tak bardzo lubię pisać. Nawet sama lubię się
czytać - taka forma onanizmu oralnego.
Świat
dostarcza tylu bodźców, że nie sposób milczeć. Zresztą milczenie jakoś
nie jest moją domeną, choć wiadomo, jak mawia mama B., pokorne ciele
dwie matki ssie, trzydzieści ponad lat mnie tym karmi, a ja nadal jakaś
głucha jestem i odporna.
Przede mną piękny czas. Noszę w sobie nowe życie. Już niedługo na świat przyjdzie fajna dziewczyna - niech będzie niepokorna, niech ma swoje zdanie. Lubię, kiedy mnie kopie. I chociaż wiem, że ten świat jest podły, że ludzie to słaby gatunek, to cieszę się, że Tola już niedługo będzie na zewnętrznej. No i wzruszam się przeogromnie.
Przede mną piękny czas. Noszę w sobie nowe życie. Już niedługo na świat przyjdzie fajna dziewczyna - niech będzie niepokorna, niech ma swoje zdanie. Lubię, kiedy mnie kopie. I chociaż wiem, że ten świat jest podły, że ludzie to słaby gatunek, to cieszę się, że Tola już niedługo będzie na zewnętrznej. No i wzruszam się przeogromnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

