Głowa mnie czasem pobolewa od tego całego Social Media. Odpaliłam już prawie wszystkie możliwe kanały dla SiNSAY i zorientowałam się, że zapomniałam o własnych.
No więc drogi pamiętniczku, wybacz mi, że Cię nie dotykałam i że taki byłeś w ostatnim czasie osamotniony, ale sam przyznasz, że wpisywanie jeszcze w Ciebie doświadczeń nindży byłoby nie na miejscu.
Chyba czas na oddech.
Moje prawdziwe, rzeczywiste ludzkie dziecko, jak to określiła Ciocia Monia, "ma temperament". Well, sama nie wiem, czy się cieszyć, czy nie i czy zdołam okiełznać ten żywioł, który ma dopiero miesięcy 16. No bo właśnie (pytanie do bardziej doświadczonych matek), czy moc żywiołu z wiekiem maleje, czy rośnie? Cze dostał ostatnio w żłobeksie naganę do akt, bo bije inne dzieci. I to nie tylko młodsze dzieci bije, starsze również. I gdzie to dziecko się tego nauczyło, ja się pytam (panie-ciocie w żłobeksie pewnie też)???
Samokontrola. Dwie rzeczy trzeba kontrolować (o, zgrozo! ale jak, ja się znów pytam???): po pierwsze, dzieci nie rozumieją ironii, z czym trudno sobie człowiek radzi i trzeba chyba tego typu dyskurs uprawiać wewnętrznie, czyli bez werbalizacji; po drugie, nie można dawać dawać złego przykładu. No i tu problem jest taki, że w przypadku obcych dzieci, można się z nimi bawić bez limitów, bo to nie nasze dzieci, więc nie do nas należy ich wychowanie. Gorzej, jak dziecko wejdzie na krzesło i matka (ta sama, co ironii na wodzy nie potrafi trzymać) wpadnie na super pomysł, że chwyci spontanicznie rączki dziecka i powie: skacz! A wszystkiemu temu przypatruje się ojciec, co nie zapomni matki skarać, bo przecież wiadomo, że dziecko (szczególnie takie, co bije inne) na pewno uzna to za super zabawę i będzie chciało powtórzyć.
Straszna orka to wychowawstwo.
10.4.13
28.1.13
Perfekcyjna Pani Domu, czyli przerwa na reklamę
Wreszcie obejrzałam na żywo niemalże cały odcinek Perfekcyjnej Pani Domu (skrót w powszechnym użyciu: PPD). To dość zabawne, że dopiero teraz, bo z uwagi na własne domostwo, to jestem chyba idealnym targetem :) Poza tym, kto mnie zna, ten wie, że Perfekcyjna fascynuje mnie od dawna.Nie wierzyłam temu, co widzę.
Zaczęło się od Porady domowej nr 1, w której PPD rekomenduje, jak przygotować obiad na szybko. No i wtedy pojawia się długi najazd kamery na opakowanie warzyw mrożonych Hortexu, które to PPD pieczołowicie rozcina nożem, żeby logotyp długo pozostał widzowi w pamięci. Rozenek smaży i smaży, i wspomina o tym, że dobrze posolić i popieprzyć, i przyprawić ziołami (jakie było moje zdziwienie, że ani Kucharek, ani Kamis, ani nikt w ogóle z ziół nie chciał se zrobić super lokowania produktu).
No nic, jedźmy dalej. A dalej nie wiem, czy klasyka odcinka, ale historia chyba taka, że Matka i Córka mają konflikt i postanawiają tenże załatwić poprzez udział w programie, przy okazji sprzątając sobie chaty. To taka nudna część. Trochę emocji, ale na przykład na łzy się nie załapałam w ogóle, a mogłyby być.
Porada domowa nr 2 czyli, jeśli masz brudny piekarnik, to czym go czyścisz? Tylko ręcznikami Foxy (znów długie ujęcia), proste. Ale jaki stosujesz patencik na ich rozwijanie? Acha, i tu niespodzianka! Otóż wyciągasz ze środka tę tekturową rurkę, wokół której zawinięty jest ręcznik, i od środka rozwijasz papier. To ja się pytam Pani Małgorzaty Rozenek, a co jeśli w rolce będzie już tak mało papieru, że nie będzie mogła ustać, tylko niesfornie składać się będzie??? Co z takim ręcznikiem kuchennym zrobić mam???
Potem w ramach programu, a nie porady domowej, przynosi PPD dużą ceratową granatową torbę z wielkimi uszami i ten, kto bywa, to zrazu wie, że szykuje się kolejny prodaktplejsmencik - tym razem Ikea. Małgorzata pokazuje zajebisty uchwyt na żelazko i deskę do prasowania, co sobie go człowiek może zamontować od wewnętrznej strony szafy i deska znika. To ja się pytam: Droga PPD, a co mają zrobić ludzie z szafą typu Komandor??? Gdzie mają chować żelazko i deskę??? No nie mają gdzie i mają co? Burdel mają.
No i potem następuję Cud na miarę Kany Galilejskiej. PPD bierze garnek i dwie "czerstwe bułki", które przemienia w ciągu dwóch minut na kuchence elektrycznej w "chrupiący chleb". I to są cytaty! Pytam się, panie Philipiak od garnków, czemu Cię tam nie było??? Stracony czas reklamowy bezpowrotnie, a Naród Nasz Wielki skory do wiary w cuda wszak.
Potem jeszcze lecą krople do oczu - chamsko i perfidnie, choć nazwy nie zapamiętałam - chyba z wrażenia. Kto ich używa? Oczywiście PPD i może sobie je w ampułeczkach nosić :) C Z A D
Test białej rękawiczki to też jest coś. Otóż PPD wjeżdża na chaty szanownym paniom i niczym muszkieter albo seryjny morderca w filmie klasy D przywdziewa (scena była mocna, uwierzcie) białą rękawiczkę, z którą to pakuje się tam, gdzie nikt normalny ręki nie wkłada - okapy (jezu, jak się cieszę, że nie mam), kratki wentylacyjne, szczyty szafek, żyrandole, itepe). I udaje się!!! Brawo drogie panie - rękawiczka jest perfekcyjnie biała!
Finisz chyba jest najgorszy. W perfekcyjnym domu Perfekcyjnej Pani Domu występują dwie bohaterki nasze, które w ramach udziału w programie (obstawiam, że za darmo albo za 300pln) otrzymują szarfę odpowiedzialności (f****** - nie wierzę) i ważą się losy, która z nich jest lepszą gospodynią. Tu klasyczne dźwięki napięcia w reality show i PPD z diademową koroną w rękach przy (sic!) tronie (naprawdę tronie)!!!!!!!!!!!!!!!! PPD ogłasza werdykt: obie były super, ale wygrała matka. Matka zasiada na tronie, dostaje na czaszkę koronę, którą potem z miłości do córki jej na czaszkę przekazuje.
Z programu wyciągnęłam kilka wniosków:
1. Daleko mi do PPD i to nie tylko dlatego, że czerwtych bułek w chleb przemienić nie umiem.
2. Lud ciemny naprawdę to ogląda i to nie dla beki.
3. Pani Małgorzata Rozenek jest jednym z większych drewienek naszego biednego szołbi!
9.1.13
Ten typ mnie przeraża
No więc nie trudno było usłyszeć, że polskim hitem 2012 roku jest piosenka zespołu Weekend "Ona tańczy dla mnie". Mówiły o tym media mainstreamowe, które rzekomo targetowane są do bardziej wybiórczej publiczności - np.: TVN24. I żeby było jasne, to nie jest tak, że z gadką o sukcesie piosenki spotkałam się raz czy dwa. W TV o tym napierdalano, mówiąc dosadnie. Ktoś mi nawet doniósł, że i w TeleEkspresie chłopaki mieli swoje pięć minut. Zdaje się, że 15 minut czasu antenowego (a może i więcej) poświęcono na propagowanie tego wybitnego gówna w Dzień Dobry TVN.
Aż do tej pory klipu nie widziałam, hitu nie słyszałam. Broniłam się chyba, bałam się poznać prawdę o narodzie. Ponad 30 mln wejść - polski PSY, normalnie Gangnam style. Dziś odpaliłam. Ledwo nie zwymiotowałam. Dziwnym nie jest, że hicior mi się nie spodobał. Gorzej, że wzbudził takie obrzydzenie, że nadal buzia mi się wykrzywia, jak mi staje przed oczami ta oto gęba, o:
No przyznajcie sami, że postać obślizgła i nie wzbudzająca sympatii. A narodowi się podoba, a naród tańczy z nim i dla niego, a co gorsze - przy jego muzyce.
* * *
Panie Boże chroń mnie przed takim mainstreamem i dziecko moje również.
7.1.13
Kości zostały rzucone
z dedykacją dla K.
Jest taka mała, ślepa uliczka w Gdyni o wdzięcznej nazwie Urszulanek. Znajduje się w jednej z moich ulubionych dzielnic - tzw DZL (czytaj: Działki Leśne). Bywałam tam często. Właściwie bardzo nawet.
* * *
A teraz nie mam tam już po co chodzić.
Jest taka mała, ślepa uliczka w Gdyni o wdzięcznej nazwie Urszulanek. Znajduje się w jednej z moich ulubionych dzielnic - tzw DZL (czytaj: Działki Leśne). Bywałam tam często. Właściwie bardzo nawet.
* * *
A teraz nie mam tam już po co chodzić.
5.12.12
Ach mamą być
Jutro wielki dzień. Właściwie umownie chyba wielki, bo i kalendarz jest rzeczą umowną. Cze kończy roczek.
O tej porze rok temu w wielkich bólach (między bajki można włożyć teorię, że niby się o tym bólu zapomina) próbowałam wydać na świat tego małego chłopca Czesława Tytusa. Bezskutecznie. Strudzona walką zdołałam chyba utrudzić również lekarzy, bo o godzinie 5.50 wyciągnęli mi Cze z brzucha, korzystając z błogosławieństwa medycyny w postaci cesarskiego cięcia.
Wtedy też światło dzienne ujrzał młodzian, bez którego nie wyobrażam sobie teraz życia. Codziennie dostarcza mi wiele radości i nie mogę uwierzyć w tę dziwną świata konstrukcję, że tak wiele przed nim jeszcze, a i trochę przed nami razem.
Może i instynktownie przedłużamy ten nasz podły gatunek, nie przeczę, i może trochę sami chcemy sobie zrobić lepiej. Ale kiedy Cze budzi się rano (pomijając momenty, jak to miał przez chwilę w zwyczaju budzić się o godzinie 4.30) i wita mnie tym swoim bananem na twarzy i plątaniną nic nieznaczących sylab, to naprawdę mam motor do działania.
Fajne chłopaki te moje chłopaki.
O tej porze rok temu w wielkich bólach (między bajki można włożyć teorię, że niby się o tym bólu zapomina) próbowałam wydać na świat tego małego chłopca Czesława Tytusa. Bezskutecznie. Strudzona walką zdołałam chyba utrudzić również lekarzy, bo o godzinie 5.50 wyciągnęli mi Cze z brzucha, korzystając z błogosławieństwa medycyny w postaci cesarskiego cięcia.
Wtedy też światło dzienne ujrzał młodzian, bez którego nie wyobrażam sobie teraz życia. Codziennie dostarcza mi wiele radości i nie mogę uwierzyć w tę dziwną świata konstrukcję, że tak wiele przed nim jeszcze, a i trochę przed nami razem.
Może i instynktownie przedłużamy ten nasz podły gatunek, nie przeczę, i może trochę sami chcemy sobie zrobić lepiej. Ale kiedy Cze budzi się rano (pomijając momenty, jak to miał przez chwilę w zwyczaju budzić się o godzinie 4.30) i wita mnie tym swoim bananem na twarzy i plątaniną nic nieznaczących sylab, to naprawdę mam motor do działania.
Fajne chłopaki te moje chłopaki.
11.11.12
Alicante - kolejna odsłona Hiszpanii
To już dziś. Początek kolejnej podróży, początek zmiany. Wycieczka po nowe doświadczenia. Podróż w nieznane. Nadzieja na słońce i ucieczka od listopadowej depresji.
Jedna z ukochanych kuchni już na mnie czeka.
Lubię nowe doświadczenia, jeszcze bardziej mnie cieszy, że to praca mi na nie pozwala.
Trochę jednak będę tęsknić za moimi chłopcami. Wrócę i będę pewnie ich kochać jeszcze bardziej.
Hasta luego, amigos!
Jedna z ukochanych kuchni już na mnie czeka.
Lubię nowe doświadczenia, jeszcze bardziej mnie cieszy, że to praca mi na nie pozwala.
Trochę jednak będę tęsknić za moimi chłopcami. Wrócę i będę pewnie ich kochać jeszcze bardziej.
Hasta luego, amigos!
29.10.12
Paryż vol. 2
Miesiąc zabrało mi pisanie tego posta. Jakoś tak po prostu chyba mało mam ostatnio czasu, bo go skutecznie marnotrawię na fejsie.
Wspomnienia paryskie nadal są jednak bardzo silne (chcę tam wrócić, najchętniej z Czesławikiem).
Nie pójdę już może systemowo, tylko bardziej impresyjnie, opierając się o te zdjęcia, które akurat na kompie mam.
To jeden z nabytków paryskich z pchlego targu (dziwnie to brzmi w deklinacji). Takie wspomnienie lat 80-tych. Pamiętam dokładnie, jak kochałam się w Donie Johnsonie i jak kręciła mnie jego stylówka z marynarkami noszonymi na T-Shirty, ba, czasem nawet na gołą klatę.
Targ jest osobliwy, odbywa się zawsze w niedzielę, ale zupełnie nie wiem gdzie, bo byłam tam prowadzona bezwiednie. W każdym razie da się tam dostać w pół godziny spacerkiem z Montmartre, a kupić można cuda przeróżne, między innymi używane winyle. I jak to w Paryżu bywa, na targu rządzi tygiel kulturowy pożyteczny i zdrowy.
I tak w tym mieście w ogóle nie dziwi Cię fakt, że przechadzając się wieczorem po Montmartrze widzisz kilkudziesięciu Marokańczyków, którzy pod Sacre Coeur jarają blunty, piją browary i ogólnie czynią grubą rozpierduchę. Schodzisz potem schodami, które, niestety, śmierdzą moczem (w tym Paryżu to w ogóle często moczem daje) i nagle napotykasz na knajpkę, w której algierkie wino za euro pięćdziesiąt serwuje Ci Japończyk biegle mówiący po angielsku, francusku, hiszpańsku i arabsku. Widzisz, że za gościem jest historia.
W lokalu byliśmy my (ja i Cypis) i jeszcze para Francuzów. Miejsce wyglądało na takie z grubą historią, a jak się potem okazało, było tam od trzech miesięcy, a właściciele do Algierczyk i Polka, stąd też pusta flaszka po polskiej wódce z etykietą z polską flagą. Nie wiedzieć jak i kiedy Japończyk z Francuzką zaczęli tańczyć flamenco, my biliśmy brawo i po trzech lampkach byliśmy już właściwie przyjaciółmi na śmierć i życie. I taki też potrafi być Paryż.
Jako ten mieszczuch uwielbiam parki i ten element miejskiego krajobrazu potrafi przywiązać mnie do danego miejsca. W Paryżu parki żyją i są pełne ludzi. Mieliśmy okazję zobaczyć dwa: La Villette i Park Citroena. Oba gorąco polecam. Oba przekonały mnie w tym, że Paryż to miasto, do któego można śmiało wybrać się z dzieckiem.
Amęt.
Wspomnienia paryskie nadal są jednak bardzo silne (chcę tam wrócić, najchętniej z Czesławikiem).
Nie pójdę już może systemowo, tylko bardziej impresyjnie, opierając się o te zdjęcia, które akurat na kompie mam.
To jeden z nabytków paryskich z pchlego targu (dziwnie to brzmi w deklinacji). Takie wspomnienie lat 80-tych. Pamiętam dokładnie, jak kochałam się w Donie Johnsonie i jak kręciła mnie jego stylówka z marynarkami noszonymi na T-Shirty, ba, czasem nawet na gołą klatę.
Targ jest osobliwy, odbywa się zawsze w niedzielę, ale zupełnie nie wiem gdzie, bo byłam tam prowadzona bezwiednie. W każdym razie da się tam dostać w pół godziny spacerkiem z Montmartre, a kupić można cuda przeróżne, między innymi używane winyle. I jak to w Paryżu bywa, na targu rządzi tygiel kulturowy pożyteczny i zdrowy.
I tak w tym mieście w ogóle nie dziwi Cię fakt, że przechadzając się wieczorem po Montmartrze widzisz kilkudziesięciu Marokańczyków, którzy pod Sacre Coeur jarają blunty, piją browary i ogólnie czynią grubą rozpierduchę. Schodzisz potem schodami, które, niestety, śmierdzą moczem (w tym Paryżu to w ogóle często moczem daje) i nagle napotykasz na knajpkę, w której algierkie wino za euro pięćdziesiąt serwuje Ci Japończyk biegle mówiący po angielsku, francusku, hiszpańsku i arabsku. Widzisz, że za gościem jest historia.
W lokalu byliśmy my (ja i Cypis) i jeszcze para Francuzów. Miejsce wyglądało na takie z grubą historią, a jak się potem okazało, było tam od trzech miesięcy, a właściciele do Algierczyk i Polka, stąd też pusta flaszka po polskiej wódce z etykietą z polską flagą. Nie wiedzieć jak i kiedy Japończyk z Francuzką zaczęli tańczyć flamenco, my biliśmy brawo i po trzech lampkach byliśmy już właściwie przyjaciółmi na śmierć i życie. I taki też potrafi być Paryż.
Jako ten mieszczuch uwielbiam parki i ten element miejskiego krajobrazu potrafi przywiązać mnie do danego miejsca. W Paryżu parki żyją i są pełne ludzi. Mieliśmy okazję zobaczyć dwa: La Villette i Park Citroena. Oba gorąco polecam. Oba przekonały mnie w tym, że Paryż to miasto, do któego można śmiało wybrać się z dzieckiem.
Amęt.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


