26.9.11

to jest mądre, to jest godne - jubileusz!

Właśnie piszę w moim pamiętniczku po raz pięćsetny!!! 500.
Spodziewałam się, że jednak szybciej się wykoleję. A tu pińcet.



A post będzie o Kurach, zespole którego płyta P.O.L.O.V.I.R.U.S. towarzyszyła mi bardzo długo (odtwarzana na kasecie w walkmanie SONY) i do dziś mnie wzrusza. (Aż strach pomyśleć, że było to 13 lat temu). Mimo bycia w ósmym (sic!) miesiącu ciąży postanowiliśmy wybrać się do Spatifu na koncert promujący wydanie Kur na winylu (no właśnie, gdzie ten winyl... tydzień minął, a przesyłki brak). Ludzi było tyle, że sardynki w puszce. Głośność taka, że mam nadzieję, że Czesław będzie słyszał dobrze, nie wymagam słuchu absolutnego, bo nie wiadomo, po kim miałby się taki urodzić. Ale atmosfera zajebista. I ta gra na sentymencie wyszła przekozacko i właściwie raz tylko gitarzysta-onanista nieco zgwałcił moje ucho.
A tak, to dziękuję Panowie.




1 komentarz:

Łukasz Klimczyk pisze...

Śwoietne oko!!! Pozdrawiam i dodaję do obserwowanych!