21.1.12

Kino na obcasach, czyli stara pierwiastka na wychodnym

Raczej nie jestem fanką teatru tańca. Chyba dlatego, że mało się go w życiu naoglądałam. A może dlatego, że tak bardzo lubię słowo. Bo na początku było słowo.
Za to zdecydowanie jestem fanką Wendersa.
Byłam ciekawa nowego filmu, bo ostatni, Palermo Shooting, wywołał we mnie dość letnie uczucia filmem (zdaje się, że niewiele osób miało szansę obejrzeć ten film w kinie - mega niszowa dystrybucja, ja miałam szansę na Nowych Horyzontach we Wro).
Poza tym, do wyjścia do kina skłoniło mnie doborowe towarzystwo w postaci Żony i Zie i, co wydaje się dość oczywiste, WYJŚCIE JAKOTAKIE, które sprawiło, że na chwilę oderwałam się od codzienności (choć w czasie seansu zdarzało mi się nerwowo spoglądać na telefon, a przed oczami stawało mi lico małego Cze).

*   *   *

Pierwsza scena rozwaliła mnie na łopatki. Grupa mężczyzn i kobiet, tańcząca w bardzo ekspresywny sposób na scenie pokrytej ziemią. Zdaje się, że Pina często w swoich dziełach sięgała po symbolikę żywiołów - w innym spektaklu scena pokryta była wodą. Dałam się wciągnąć w tę grę obrazów, muzyki i ruchu. Choć nie ukrywam, że miałam chwile, kiedy chciało mi się spać (ale to już chyba nie wina filmu, tylko dość krótkiego snu, na który musiałam się przestawić w związku z Cze), co oznaczać może, że rzeczywiście film mógł być trochę krótszy, jak zauważyła Żona (zresztą, ona tak mówi przy każdym prawie filmie).
Obraz Wendersa jest hołdem, który Pina składa sama sobie, a jej tancerze są tylko wykonawcami znakomitych choreografii i koncepcji reżyserskich stworzonych przez zmarłą artystkę (zresztą, prywatnie, przyjaciółkę Wendersa). Super dokonaniem samego reżysera jest dobór miejsc - plenerów, w których kręcone są poszczególne sceny. No i muza - muza jest prześwietna, a w szczególności kawałek skomponowany przez Japończyka Jun Miyake z Lisą Papineau na wokalu. 
A więc Pina to film nie tylko dla fanów teatru tańca, to film, dzięki któremu w teatrze tańca można się rozkochać. 


4 komentarze:

malina pisze...

A ja jestem i fanką Wendersa i teatru tańca (chodziłam na zajęcia z Dada von Bzdulow, byłam też w Poznaniu na warsztatach tańca)i nie mogę się doczekać filmu, tu niestety do szerszej dystrybucji nie trafi, bez szans, był jeden seans na uniwersytecie, ale niestety przegapiłam, pozostaje net, ale mam w planach i na pewno obejrzę.

Gippius pisze...

obejrzyj, kochana, koniecznie - będzie Ci się podobało

Sznurek pisze...

Dobry blog ;) Zapraszam też do siebie : http://szary-sznur.blogspot.com/

malina pisze...

Obejrzałam, żałuję, że nie w kinie, ale i tak mnie wciągnęło, za to mąż się zapytał po zakończonym seansie "to co ja dostanę, za to, że to obejrzałem?". Z racji przeziębienia weekend filmowo bardzo udany, obejrzeliśmy "Rozstanie" i masz rację, że się zachwycasz.